piątek, 15 września 2017

Alur Kardass



Alur Kardass

Wiek: 24
Rasa: Zmiennokształtny wilkor

Miasto: Brak
Wiara: Brak

Pochodzenie: Północne krainy Imraan nigdy nie były przyjazne człowiekowi. Coraz chłodniejsze lato i jeszcze mroźniejsze zimy nie przyciągały nowych mieszkańców, na pustych polanach nie wzrastało już złote zboże. Czasy świetności tej ziemi dawno minęły. Nadeszła zima. Lód skuł jeziora, trawy pokrył śnieg. Słońce od miesięcy coraz niebezpieczniej chyliło się ku zachodowi, by Dzień ustąpił Polarnej Nocy.
A Nocą nic nie jest bezpieczne.
Pod postacią wilkora przemierzał lasy, by uciec na ciepłe południe. Samotnik z północy napiętnowany zdradą.
Czym zawinił? Nie chciał umrzeć pod ostrzem kata.

Aparycja: jasnobrązowe włosy, oczy w kolorze soczystej zieleni, smukła, choć umięśniona sylwetka, wysoka postać (nieco ponad 190 cm wzrostu), duże, silne dłonie; pod postacią wilkora futro barwą przypominające piasek, 2 metry w kłębie;

Charakter: pesymista, na jego ustach często pojawia się sarkastyczny uśmieszek (jakby życie było żartem, może śmiesznym, ale na ogół kiepskim), uważany za leniwego, choć podjętym działaniom oddaje się do końca, nieufny, unikający kontaktu z innymi, choleryk;


  • Północne pochodzenie naznaczyło jego głęboki głos silnym akcentem.





    Kontakt: sexyalass@gmail.com

czwartek, 14 września 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Niewiedza obcego zadziwiała go coraz bardziej, a on sam zaczynał go niepokoić. Był dziwny, przywodził na myśl stworzenie zupełnie oderwane od świata lub pochodzące z zupełnie innego - pustego i ponurego, w którym nie znalazło się nic, do czego mógłby porównywać to, na co natykał się teraz.
- Wypatroszyć - przytaknął. Zawahał się, zastanawiając się, czy chłopak znowu chce wyjaśnień. Cóż, zapewne tak. - No wiesz, pozbawić wnętrzności, tego co w środku. Żołądka, wątroby i tak dalej.
Skąd on się u licha urwał? Aenain zmarszczył brwi, biorąc podaną mu przez niego rybę do ręki. Oślizgłe oko o brązowej tęczówce patrzyło na niego pustym wzrokiem, gdy szedł w stronę chaty. Rabuś skradał się u jego boku, jego kroków niemal nie było słychać.
Po chwili znowu posypały się pytania.
Talindyjczyka jakimś cudem zdziwiło, że jego nowy znajomy nie wiedział co to złodziej. Zupełnie jakby to było coś nie do przewidzenia. Chociaż nie, właściwie było. Zawsze wydawało mu się, że co jak co, ale złodziejstwo jest na tyle pospolitym przestępstwem, by występować wszędzie i być znanym każdemu. Zresztą to było jedno z pierwszych słów, których nauczył się, gdy tutaj przybył.
Westchnął. Cóż, przynajmniej wie czym jest sól. Dobre i to.
- Złodziej to ktoś, kto kradnie...zabiera cudze rzeczy. Bez pozwolenia i zapłaty - wyjaśnił. Czuł się trochę dziwnie, tłumacząc tak wszystko, szczególnie że miał wrażenie, że wychodzi mu to dość topornie, ale cóż innego miał robić? - A sól jest dla smaku. O ile ktoś lubi.
Zostawił rybę na pieńku stojącym pomiędzy koszem a ścianą i przeciągnął się leniwie.
- Większość ryb łapię w sieci, zwłaszcza gdy łowię w towarzystwie miejscowych rybaków. - Wskazał na sfatygowaną sieć rozwieszoną nieopodal, chcąc wyprzedzić ewentualne pytanie. - Oficjalnie wszystkie. Ale, cóż, skoro mnie już widziałeś, to szczerze mówiąc większe o wiele wygodniej chwyta się w szczęki. Tak samo jak dziczyznę.
Ucichł na krótką chwilę.
- Na ostanie ci nie odpowiem, bo nie wiem - stwierdził w końcu, wzruszając ramionami. Po raz kolejny zmierzył go uważnym spojrzeniem. - Dlaczego miałbyś musieć atakować kogoś, kto nie atakuje ciebie?
A ty dlaczego atakowałeś kiedyś niewinnych?, odezwało się coś w głębi jego podświadomości, wywołując w nim nagłą ochotę na zajęcie się czymkolwiek.
Nie czekając na odpowiedź, wszedł do chatki i po chwili wyłonił się z nożem w ręce. Rozsiadł się wygodnie na progu, sprawnie rozciął brzuch ryby i zabrał się za wyciąganie jego zawartości, która niezwykle zainteresowała Damala. Pies uniósł łeb i moment uważnie go obserwował, a gdy Aenain wyciągnął z kosza kolejną, wstał i podszedł bliżej, stawiając uszy. Zmiennokształtny rzucił w jego stronę wątróbką i wrócił do patroszenia.
Obcy obserwował uważnie jego poczynania; wkrótce dołączyło do niego stare psisko, próbujące wyprosić na piękne oczy kolejny kąsek. Krokodyl poczuł, że ta milcząca widownia zaczyna go irytować.
- Będzie trzeba je trochę przyprawić, a potem upiec - powiedział im, nie odrywając wzroku od ryby. - Mam chyba jeszcze trochę chleba, ale jest pewnie czerstwy. Nie spodziewałem się dzisiaj gości.

[Obrośnijmy w zdrowy tłuszczyk! :D]

niedziela, 10 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Jego oczy wydawały się inne. Zupełnie dzikie jak u dużych kotów. Podobne do jego własnych. Oczy mordercy. Gdy patrzyli sobie w oczy można by przysiąc, iż za moment będzie można podziwiać krwawe pobojowisko jednakże bestie siedziały zamknięte głęboko na cztery spusty jakby teraz o ich czynach decydowało coś kompletnie dla nich niecodziennego. Człowieczeństwo. Zacisnął mocniej dłoń na rybie gdy mężczyzna się obruszył na wspomnienie o rybie i jej niezbyt dobrym smaku. Spojrzał krytycznie na rybę którą trzymał kurczowo w dłoniach. Dlaczego wszyscy uparcie twierdzili, iż te stworzenia są dobre w smaku? Podniósł wzrok na zielone tęczówki jakby oczekując dalszych wyjaśnień. W swoim Świecie nie wierzył praktycznie niczemu na słowo. Przecież doskonale wiedział czym to się kończy, nieprawdaż? Karmazyn tak trudno schodzi. Nie zdawał sobie sprawy, iż pies mógłby cokolwiek mu zrobić. Jak do tej pory jedyny zwierzętami które były w stanie go zaatakować mieszkały głęboko w lesie. Zwierzęta które znajdowały się przy obejściu ludzi były... inne. Nie atakowały bez potrzeby a gdy długo wpatrywały się w jego oczy dochodziły do wniosku, iż nie ma potrzeby tracić paru kłów czy też zdobywać nowych ran. Jak i większość po prostu się bała. Tak jak zwierzyna łowna boi się drapieżnika. A więc była by to miła odmiana gdyby nie fakt gospodarza. Czy to, iż sam ma tak dzikie oczy sprawiał, że pies był tak spokojny? Niepokoiło go trochę co może skrywać za sobą ten człowiek z wyglądu. Wtedy zaczął odpowiadać na jego pytania. Nie zadał ich po to aby zbyć go czymś. Naprawdę był ciekawy tego całego świata który przez większość jego życia trwał za grubymi drzwiami bez jego udziału. Chłonął więc każdą (mniej lub bardziej przydatną) wiedzę jak gąbka. Tak też było tym razem. Z uwagą przyglądał się mężczyźnie gdy odpowiadał. Gdy była mowa o tataraku obejrzał się na najbliższy krzak i powtórzył cicho jego nazwę pod nosem. Następnie słysząc odpowiedź o pelikanie otworzył trochę szerzej oczy. Wyobraził sobie dokładnie to co usłyszał. Nie był pewny ale może nawet takowe "pelikany" widział. Jego wzrok odrobinę się ożywił gdy wpatrywał się wciąż w krzaki. Jakby za chwilę miał stamtąd wyskoczyć pelikan i pożreć resztę ryb znajdujących się prze nim. Propozycji od mężczyzny padłą jakby nieoczekiwanie. Wzrok ponownie się wyciszył a umysł naprowadził na główny tor. Spojrzał na wyciągniętą w jego stronę dłoń i przycisnął mocniej rybę do swej piersi. Naprawdę od sporego czasu nie jadł i miał zamiar nawet walczyć o jedzenie jeśli zaszła by takowa potrzeba. Podniósł wzrok na jego wyczekujące oczy. Właściwie miał do stracenia tylko jedzenie. Błąd. Ach. Jego źrenice powiększyły się prawie do granic możliwości tak jak robią to koty zaraz przed skokiem na ofiarę. W jego głowie rysowały się jednak plany ucieczki lub ewentualnego wyszarpnięcia się z niespodziewanego uścisku. 

Nikomu nie ufaj. Bo i nikt nie zaufa Tobie. 

Słysząc kolejne nowe słowo delikatnie zmarszczył brwi i powtórzył cicho. 
- Wy-ptroszyć?- spojrzał na rybę już nieco mniejszymi źrenicami. Właściwie o czymś takim kiedyś opowiadała mu Elen. Jak to się nazywało... ach tak! Gotowanie. To może właśnie było to? Słysząc kolejną sentencję skierowaną w jego stronę, delikatnie się zgarbił jakby w samoobronie przed ciosem który miał nigdy nie nadejść. Jednak raz wyuczonych "sztuczek" trudno było się oduczyć. Słyszał dużo razy jak ludzie tak zanim wołali. W zasadzie nigdy nad tym się nie zastanawiał ale musiało oznaczać coś złego. Przez chwilę widocznie się zastanawiał. Dlaczego nie dać mu tej ryby? Wtedy będzie mógł zadać mu pytania i może nawet dostać na większość odpowiedzi? Skoro przecież nie uciekł przy pierwszej okazji jak zazwyczaj czynią to inni. Ani nie wygonił go z okrzykami. To może... jego źrenice ponownie się powiększyły gdy podał mu ostrożnie rybę do jego dłoni. Gotowy w każdej chwili do obrony. Do ataku. Do ucieczki. Przypatrywał się uważnie mężczyźnie by po chwili zadać kolejne pytanie delikatnie zachrypniętym głosem. 
- Co to... złodziej? I po co sól? Jak łapiesz te ryby? Nie muszę Cię atakować? - pytał szczerze bez krzty rozbawienia w głosie. Z jednej strony ciekawski lecz z drugiej ostrożny. Jak dziki kot który po raz pierwszy widzi na oczy człowieka. Trzymając się na odległość stara się wszystko zbadać. Jednocześnie sami ludzie czują czyhające niebezpieczeństwo na ich kruche życia. Chłopak miał nawet delikatnie ugięte nogi w kolanach jakby rzeczywiście za chwilę miał rzucić się do ucieczki bądź na mężczyznę. Chciał lepiej wybadać grunt na którym stoi. Musiał wiedzieć więcej. Zabij. Nie musi. Nie zagraża mu a przynajmniej na chwilę aktualną. 

[On je szanuje - ale jeszcze o tym nie wie >:D]