Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aenain & Bezimienny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aenain & Bezimienny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 października 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Sądząc po reakcji obcego, pytania trafiły w samo sedno. Aenain siedział nieruchomo, obserwując z uwagą, jak na twarzy chłopaka grają targające nim emocje; chwilowy spokój pękł niczym mydlana bańka, a z ponownie zezwierzęconego spojrzenia biły niepokój i desperacja.
Krokodyl poruszył się, gdy padły ostatnie słowa, i mimowolnie przyjął dogodniejszą do odparcia ewentualnego ataku pozycję. Poczuł, jak po jego kończynach powoli rozchodzi się mrowienie towarzyszące zmianie postaci; nie chcąc być tym, który jako pierwszy podejmie inicjatywę i rozpocznie ewentualne starcie, w ostatniej chwili wstrzymał proces, który jego organizm rozpoczął właściwie mimo jego woli.
Obcy wydawał się również prowadzić wewnętrzna walkę, zaciekle broniąc jakiejś racji przed samym sobą, a Talindyjczyk obserwując go zaczynał nabierać przekonania, że spór toczy się o coś niebezpiecznie z nim powiązanego. Na przykład o jego życie.
Właściwie w pewnym stopniu żałował, że zadał nurtujące go pytania w tak brutalny sposób. Nie chciał płoszyć chłopaka, ani tym bardziej zmuszać go do ostateczności. Zdecydowanie nie zamierzał też sugerować, że powinien odejść jak najszybciej.
- I tak już je mam - odpowiedział na zapewnienia swego gościa, wzruszając ramionami z cieniem uśmiechu na ustach. Spojrzał na niego. - I są całkiem podobne do twoich, więc nie robi mi to różnicy. 
Umilkł. Po chwili jednak coś pchnęło go do dalszych zwierzeń. Chciał, by jego historię znał jeszcze ktoś prócz starego, steranego życiem na ulicy psa.
- Moi panowie również mnie szukają - powiedział. Zaraz jednak się poprawił, a w jego głosie zabrzmiała nostalgia. - A właściwie rodzina mej pani. Nie jestem pewien, czy zależy im na mnie równie mocno, co twoim na tobie, jednak jak dotąd jeszcze mnie tu nie znaleźli. To miejsce to dobra kryjówka...
Ponownie przerwał, gdy gdzieś nieopodal cichy szmer rzeki rozdarł nagły plusk wody, co najmniej jakby wskoczyła do niej wydra lub bóbr.
Albo coś akurat w niej brodzącego straciło nagle równowagę.
Aenain rzucił obcemu znaczące spojrzenie i skierował wzrok w stronę, z której dobiegł ich dźwięk. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nie dobiegło do ich uszu nic prócz zwykłych nocnych odgłosów lasu, rechotania mieszkających nad rzeką żab i koncertu świerszczy.
Krokodyl zaklął, gdy tuż nad uchem zabzykał mu komar.
- Właściwie to zabawne. Ukradliśmy chyba samych siebie, nie sądzisz? - stwierdził beztrosko, dogaszając ognisko. - Może sprawdzilibyśmy, czy nie mamy jakichś nieproszonych gości? - zaproponował szeptem, po czym dodał już normalnie: - Powinienem wymyślić sobie, jak chcę się do ciebie mówić?

<Ja też żyję! xD>

poniedziałek, 9 października 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Nie wiedział kiedy ma sobie pójść. Żując kolejny kawałek chleba również spojrzał w kierunku rzeki która mieniła się teraz kolorami zachodzącego słońca. Pamiętał dobrze jak pierwszy raz widział taką rzekę w tych niesamowitych barwach. Lubił gdy było bardziej czerwone, zaraz gdy miało schować się za krańcem horyzontu. Nie wiedział dlaczego ale czuł się wtedy bezpiecznie. Coś jak schron który może wszędzie ze sobą zabrać. To oczywiście nie pozwoliło zapomnieć mu, iż obok niego siedzi mężczyzna który potrafi zmienić swoją postać. W jednej chwili może z nim rozmawiać by w następnej kłapnąć zębiskami. Chleb pomimo tego, iż był czerstwy dosyć szybko zniknął w jego żołądku. Wtedy powrócił wzrokiem do gospodarza który wzruszył ramionami na jego odpowiedź. "Kiedy chcesz". Biegnij już teraz. Opuścił trochę wzrok aby spojrzeć na kubek wyciągnięty w jego stronę. Wziął go niepewnie i powąchał zawartość. Pachniało jak zepsute owoce przez co zmarszczył brwi. Ale skoro on to pił to chyba nie było tak złe, nieprawdaż? Przechylił kubek i spróbował kwaśnej cieczy. Natychmiast odsunął kubek od ust z grymasem na twarzy. Odłożył kubek obok na ziemię wciąż mieląc językiem w próbie pozbycia się kwaśnego smaku. Może nie umiał tego pić? Pokręcił delikatnie przecząco głową jakby do samego siebie. Oparł swoje ręce o kolana by następnie oprzeć o nie głowę wpatrzoną w ryby. Kiedy nastąpi chwila, iż będzie musiał odejść? Siedzieli oboje pogrążeni w ciszy ale nie przeszkadzała ona żadnemu z nich. Była... potrzebna. Chwila rozprężenia powietrza które było przesycone ludzkimi głosami. Gdy ciemnowłosy podszedł do ryb jasnowłosy automatycznie odsunął się delikatnie. Przyglądał się z uwagą co się dzieje z rybami jak i warzywami. Gdy dostał swoją część wraz z ostrzeżeniem wpatrywał się w rybę przez dłuższą chwilę. Co to były ości? Prędzej zazwyczaj łykał mniejsze ryby w całości. Mężczyzna odezwał się zupełnie jakby czytał w jego myślach przez co podniósł na chwilę oczy na rozmówcę. Potaknął ponownie głową z wdzięcznością. Powrócił wzrokiem do swej potrawy. Najpierw niepewnie dotykał ją palcem i spoglądał co jakiś czas w kierunku gospodarza. Nie dlatego, iż obawiał się ataku z jego strony. Tym razem było to spowodowane brakiem wiedzy w sposobie radzenia sobie z przyrządzoną już rybą. Próbował go mniej więcej naśladować. Wraz z pierwszym kęsem ryby wyraźnie się ożywił. Nie smakowała mułem jak prędzej gdy próbował je zjeść wprost z kosza. Różniło się też od jabłek czy chleba. Było... inne. Ale dobre.  Gdy po paru pierwszych ościach już połapał się co i jak, jadł bez patrzenia na gospodarza. Chyba pierwszy raz od kiedy opuścił to miejsce miał coś ciepłego w brzuchu. Sprawiło to, iż jego twarz jakby się rozpogodziła czy też rozjaśniła. Nie zauważył kiedy jego towarzysz skończył swój posiłek a na jego pytanie potaknął energicznie głową nie przestając jeść. 
Gdy skończył skłonił się dosyć głęboko. Wyprostował się ponownie i wrzucił ości do ognia. Nie zostawiaj po sobie śladu. Wpatrywał się jak płomienie pochłaniają resztki z uczty. Wtedy usłyszał pytanie na które gwałtownie odwrócił się w stronę mężczyzny. Wyraźnie spoważniał (o ile to możliwe) a jego wzrok wydawał się bardziej odległy. Kolejne pytania sprawiły, iż jego oczy wydawały się teraz bardziej dzikie. Zwierzęce. Tak. Jak osaczonego zwierzęcia. Zastygł w bezruchu jakby kalkulując wszystkie za i przeciw. Ile on mógł wiedzieć? Skąd wie? Oni wszędzie Cię znajdą. Zaczął błądzić wzrokiem z lewej na prawo jakby szukając drogi ucieczki. Jednak przemówił głos rozsądku który ostatnio często mu pomaga. Czy jeśli znał by ich... to czy potrafił by być taki? Jego oddech wyraźnie przyspieszył lecz serce wciąż biło tym samym wolnym rytmem. W końcu poruszył się prostując lecz wciąż nie odrywając wzroku od mężczyzny. Odezwał się swoim zachrypniętym głosem. 
- Nie mam imienia. A jeśli je miałem to nie ma nikogo kto by je pamiętał. - na chwilę zamilknął marszcząc przy tym brwi. Jeśli on naprawdę został przez nich wysłany? Zabij go. Zacisnął dłonie w pięści i ponownie się odezwał, odpowiadając na dosyć ważne pytanie. 
- Nie wiem co to niewolnik. Ale tak. Moi właściciele wciąż próbują mnie odzyskać. - skoro mężczyzna do tej pory odpowiadał na jego pytania to chyba jasnowłosy również mógł odpowiedzieć, nieprawdaż? Napiął większość swoich mięśni. Odezwał się cicho. 
 - Nie martw się. Wyruszę przed świtem więc nie powinieneś mieć kłopotów. - w jego głowi toczyła się walka pomiędzy bezpieczeństwem a obietnicą złożoną Elen. 

[*^* Ja żyję! xD]

sobota, 30 września 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Podczas gdy obcy zajął się chlebem, który po krótkich oględzinach zaczął znikać w zaskakującym tempie, Aenain patrzył w ogień, sącząc niespiesznie wino z glinianego kubka. Raz wyrwał się z zamyślenia, by obrócić ryby na drugą stronę, ale zaraz wrócił do swych myśli, tym razem jednak wpatrując się w pozłocone światłem zachodzącego słońca wody rzeki. Zorientował się, że koniec końców nie poczęstował gościa trunkiem dopiero wtedy, gdy jego własny kubek był pusty. Nim nalał sobie znowu, sięgnął po drugi, przeznaczony dla siedzącego naprzeciw niego chłopaka. Niemal w tym samym momencie usłyszał pytanie.
Właściwie nieco go ono zaskoczyło. Nawet nie był pewien, dlaczego - tak jakoś wydało mu się dziwne, szczególnie w połączeniu z zachrypniętym, szorstkim głosem pytającego.
- Kiedy chcesz - odparł nieco mechanicznie, zanim zdążył się zastanowić. Ale i nad czym miał się zastanawiać? Wzruszył ramionami i podał mu kubek z winem, który ten przyjął z pewną dozą nieufności. - Nie wyganiam cię. Już teraz nie ma sensu.
Na chwilę ponownie zapadła ta specyficzna cisza, która wydaje się jedynym właściwym rozwiązaniem. Nie była krępująca, nie była luźna, po prostu była...właściwa.
Talindyjczyk podzielił między nimi ryby i warzywa, dolał sobie wina i rozsiadł się wygodnie, już czując na sobie głodne psie spojrzenie.
- Uważaj na ości - ostrzegł swojego gościa, wyciągając rękę, by podrapać siedzącego tuż obok niego Damala za uchem. - To takie niewielkie, cieniutkie kostki luzem w mięsie. Postaraj się je wyciągać, bo jak się wbiją w szyję to nie jest za ciekawie.
Przez kolejne kilkanaście minut jedli pogrążeni w milczeniu przerywanym sporadycznie utyskiwaniem Aenaina, który burczał po talinddyjsku na naruszającego jego przestrzeń osobistą psa.
Krokodyl z oczywistego, pokrytego szorstką brązową sierścią powodu skończył  jeść pierwszy. Przeciągnął się z zadowoleniem, zdecydowanie usatysfakcjonowany kolacją, której nie chciałoby mu się prawdopodobnie przygotowywać, gdyby był dziś sam. 
- I jak, zwrócisz honor swojej rybie? - zagadnął, uśmiechając się. Urwał, znów pogrążając się w myślach. Obserwował przez jakiś czas rzekę, a właściwie jej drugi brzeg, na którym dostrzegł jakiś ruch.
Potem przeniósł wzrok na swego gościa, który także skończył już jeść. Jemu również chwilę się przyglądał; uświadomił sobie nagle, że nie ma pojęcia, jak się do niego zwracać. Nie żeby to do tej pory w czymkolwiek przeszkadzało.
- Właściwie to jak cię zwą? - zapytał więc, uznawszy, że wypadałoby wiedzieć. A skoro już nadeszła jego kolej na zadawanie pytań, uznał, że nie zaszkodzi dowiedzieć się czegoś znacznie ważniejszego: - Byłeś niewolnikiem, mam rację? Czy twoi właściciele próbują cię odzyskać?
Czy jesteś warty wystarczająco wiele, by ścigali cię aż tu? Niemal zadał to pytanie. Uznał je jednak za zbyt okrutne; już i tak postanowił poruszyć niezwykle drażliwy temat. Ale musiał wiedzieć, niekoniecznie ze względu na zagrożenie ze strony panów złodziejaszka. Po prostu poczuł dziwną potrzebę wymienienia się doświadczeniami, powiedzenia, że on także był czyjąś własnością.
Chociaż, cóż, zawsze mógł się jeszcze pomylić. Chłopak równie dobrze mógł być na przykład obłąkany albo inaczej skrzywdzony przez los.

[Teraz to Krok czeka na zeznania. :>]

piątek, 22 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Pamiętał co o ciekawości mówił mu On. Lecz teraz nie było go obok aby zostać ukaranym za pytanie. Za doświadczanie. Nie będzie później krwawił przez wiele godzin. Za to będzie wiedział o wiele więcej o Świecie o którym opowiadała Elen. Z każdym nowym dniem zdawał sobie sprawę jak mało wie o tym wszystkim co go otacza. Pomimo dyszącego wilka na karku szedł dalej próbując zachłysnąć się tym co ma do zaoferowania ten Świat. Niestety nie wszyscy byli tak skorzy do współpracy. Więc gdy znalazł kogoś kto odpowiadał na jego pytania nie miał zamiaru odpuścić a dowiedzieć się jak najwięcej tylko może. Z daleka nie miał dobrego widoku więc podszedł odrobinę bliżej i uklęknął, wciąż będąc wyprostowanym. Raz na jakiś czas obracał głowę w bok próbując dostrzec coś lepiej. Słysząc odpowiedź na swoje pytania potaknął powoli głową i delikatnie poruszył ustami jednakże wciąż nie odrywając wzroku od przyrządzanej ryby. Wszystko brzmiało i wyglądało obco lecz jednocześnie czuł, iż tak powinno być. Gdy mężczyzna skończył oporządzać trzecią rybę i wstał, jasnowłosy zrobił to samo lecz trochę bardziej dynamicznie. Odbił się rękami do góry by w jednym skoku stać na równych nogach w pewnej odległości od ciemnowłosego. Nawet pomimo wszystko wciąż nie potrafił pozbyć się odruchów i po prostu usiąść sobie spokojnie. W każdej chwili był gotów do kontrataku, obrony lub nawet ucieczki. Nigdy jedno nie przekreślało drugiego. Przypatrywał się psu który dostał od swojego właściciela do tej pory pojedyncze wątróbki lecz pomimo to wciąż wodził błagalnym spojrzeniem za mężczyzną. Ten w końcu dał mu całość co sprawiło, iż twarz jasnowłosego delikatnie się rozpogodziła. Odwrócił wzrok od psa gdy mężczyzna ponownie się odezwał. Delikatnie zmarszczył brwi przypominając sobie do czego zdolne są płomienie. Czy on chciał spalić te ryby? Jak oni wtedy je zjedzą? Słysząc predyspozycje jakie otrzymał otworzył szerzej oczy wraz z wielkimi źrenicami. Wyprostował się jeszcze bardziej (o ile to możliwe) i było widać jak powstrzymuje się przed jakimiś słowami. W końcu jednak ruszył truchtem w wskazanym kierunku. Gdy szukał tego drewna poukładanego na kupce myślał o tym co się stało, zapominając na chwilę o paleniu ryby. Prawie to powiedział. Aż tak się zapomniał? Nie. Aż tak dobrze Cię wytresowali. Wpatrywał się przez dłuższy moment na siekierę. Potem spojrzał na swoją dłoń. Zrób to do czego Cię tresowano. Zacisnął dłoń w pięść i odwrócił się od siekiery biorąc drewno o którym mówił mężczyzna. Nie będzie musiał tego nigdy więcej robić. Słuchać Ich rozkazów. Przyniósł w końcu te cztery kawały drewna wciąż myśląc o tym co się stało. I czy miało by to prawo bytu w przyszłości. Usiadł przed ogniskiem wpatrując się bez emocji w tańczące płomienie. Oczywiście siedząc w bezpiecznej odległości od kucharza. Uważnie przyglądał się metalowej konstrukcji gdy w pierwszej chwili miał ochotę "uratować" jedzenie znad ognia ale stwierdzając ostatecznie, iż mężczyzna na pewno wie co robi. W końcu żył właśnie z tego więc powinien umieć je przyrządzać, nieprawdaż? Zapach który sprawiał, iż był bardziej głodny niż chwilę temu potwierdzał tylko jego słuszne myśli. Dopiero gdy mężczyzna również usiadł przybliżył się delikatnie do ogniska dając otulić się przyjemnemu ciepłu. Lekko przymknął oczy dając się omamić chwili spokoju. Ogień wesoło trzaskał co przypominało mu o czymś lecz było to tak zakopane gdzieś w jego umyśle, iż nie potrafił sobie konkretnie przypomnieć o czym. Wtedy mężczyzna ponownie się odezwał przez co jasnowłosy odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał na rzecz trzymaną aktualnie w jego dłoniach. Czerstwy chleb? Gdy leciał w jego kierunku jego źrenice powiększyły się do granic możliwości a ciało jakby z przymusu pozostawało na ziemi w pozycji siedzącej. Udało mu się złapać rzucony w jego stronę chleb który niemalże od razu ugryzł. Jak dawno nie jadł chleba. Raz zabrał... to jest ukradł takowy ze straganu ale wtedy gonili go ludzie. Teraz już wiedział dlaczego. Wtedy kompletnie zbaraniał ale pamiętał jak siedząc na drzewie zjadał niesamowicie szybko każdy kęs chleba ledwo przeżuwając a raczej połykając w całości. Spojrzał na czerstwy chleb i poobracał go w dłoniach parę razy. Nie różnił się zbytnio od tych "normalnych" które do tej pory widział. Podniósł go do ust i ugryzł i gdy poczuł ten smak ożyła w nim ta chwila. Przez chwilę trzymał go w usta nic z nim nie robiąc lecz wtedy otrząsnął się i zaczął powoli przeżuwać. Potaknął głową powoli jak prawdziwy koneser czerstwego chleba. Gdy mężczyzna ponownie się poruszył jasnowłosy wiódł za nim wzrokiem jednocześnie nie przestając jeść. Do jego nozdrzy doszedł kwaśny zapach tego co rozlewał ciemnowłosy do kubków. Gdy właściciel całej posesji zaczął sączyć powoli napój chłopak wciąż skubał chleb i dokładnie go przeżuwał. Odezwał się zachrypniętym głosem gdy przełknął. 
- Kiedy mam sobie iść? - ugryzł kolejny kęs chleba. Dla niego było to całkiem ważne pytanie gdyż jak do tej pory "narzucanie" się komukolwiek nie wychodziło mu najlepiej. Jedząc przyglądał się jednocześnie uważnie mężczyźnie. 

[Ja nic przecież nie zarzucam >D]

środa, 20 września 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Wygłoszenie mądrości w stylu "Nieznajomość prawa szkodzi" wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie. Wypowiedział słowa automatycznie, a gdy zadźwięczały mu w uszach, przed oczami niespodziewanie stanął mu ojciec. Oczy, które patrzyły na niego za każdym razem, gdy spoglądał w lustro, spojrzały na niego z pobrużdżonej, znajomo surowej twarzy. Pamiętał, jak usłyszał te słowa przy okazji reprymendy za niewolnika, którego zabił wtedy dla zabawy. Nie potrafił stwierdzić, gdzie dokładnie miało to miejsce - na pewno nie w Naairze - w każdym razie miasto to miało nieco inne podejście do wartości ludzkiego życia. W efekcie zapłacił grzywnę dwa razy wyższą niż wartość tamtego człowieka i dostał baty od ojca. A potem, cóż, wyładował złość na biednym Afeidim.
Stary dobry Afeidi. Ciekawe gdzie teraz jest. I czy by się odpłacił, gdyby się spotkali.
Gdyby nie kolejne pytania chłopaka, Aenain prawdopodobnie jak zwykle na dłuższą chwilę pogrążyłby się w rozmyślaniach. A tak nie dość, że miał okazję podzielić się ze swoim nowym znajomym spostrzeżeniami na temat różnych metod połowu, to jeszcze dowiedział się interesującej rzeczy na jego temat. A właściwie potwierdziły się jego przypuszczenia: złodziejaszek faktycznie do kogoś należał. Sądząc po wychowaniu, do kogoś wpływowego. Ciekawe ile Talindyjczyk ryzykował, pozwalając mu zostać na kolację. 
- Sól, pieprz i takie różne - przytaknął zapytany o przyprawy. - Mam trochę ziół, ale według mnie za mocno zagłuszają smak. A czerstwy to...twardy. Chleb twardnieje jak jest stary.
Skończył oporządzać trzecią rybę i wstał. Pies wodził za nim błagalnym wzrokiem, którego udało mu się pozbyć dopiero kolejną wątróbką. Po krótkim namyśle pozwolił mu zjeść całą resztę już teraz. Wiedział dobrze, że i tak się go w ten sposób nie pozbędzie i jest skazany na liczenie kęsów, ale zawsze warto mieć nadzieję.
- Jeszcze trzeba ją upiec - powiedział, kręcąc lekko głową. Nie wiedział, czy opisywanie tego procesu jest dobrym pomysłem; wkładanie jedzenia do ognia mogło być dla chłopaka zbyt makabryczne. - Do tego potrzebujemy ognia, więc rozpalimy ognisko.
Zawahał się, a potem wstał.
- Ja pójdę po chleb i podpałkę, a ty przynieś ze dwa gno...kawałki drewna, są ułożone przy tylnej ścianie chaty w stos. Obok jest siekiera...ale jej nie przynoś.
Chwilę później rozsiedli się przy brzegu rzeki, niedaleko miejsca, w którym Aenain pierwszy raz zobaczył obcego. Ogień nieśmiał zapłonął, podtrzymywany dmuchaniem Talindyjczyka, a potem pewniej już zaczął pochłaniać najpierw suche liście i małe drewienka przyniesione z domu, a potem cztery spore klocki, które przytaszczył chłopak.
Krokodyl rozstawił metalowy, mocno odymiony stojaczek, który sprawił sobie jakiś czas temu, i ułożył ryby i kilka warzyw, które znalazł w prowizorycznej spiżarni, na zawieszonym na łańcuszkach nad ogniem lekko wklęsłym okręgu. Uregulował jeszcze wysokość, by jedzenie się nie przypaliło i usiadł z powrotem, wzdychając z zadowoleniem. Sądząc po zapachu, kolacja zapowiadała się nad wyraz dobrze.
- To jest czerstwy chleb, widzisz? - powiedział, rzucając złodziejaszkowi trzecią część tygodniowego bochenka, która mu została. Sięgnął po gliniane kubki i napełnił je winem. Co jak co, ale w jego opinii wino w domu było podstawą, był w nie więc świetnie zaopatrzony. Nie mogło się wpradzie równać temu, które pijał za dawnych czasów, ale z pewnością nie należało do najgorszych. - Chociaż nie ma jeszcze tragedii.

[Nie, ja nie zamierzam ich schlać. XD]

sobota, 16 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Ciekawiło go wszystko jak dziecko które dopiero poznaje Świat. Dlatego też jego pytania często wydawały się innym wręcz nienormalne. Wiadomości podstawowe które powinien posiąść w wieku dziecięcym zastąpiły wiadomości o tym gdzie najlepiej dźgnąć przez pancerz aby zabić. Albo również jak obronić się przed szarżującym człowiekiem. Nie uczono go jak gotować a o rozpoznaniu jedzenia nie było mowy. Miał tylko jeść to co dostawał na talerzu od Nich. Wszystko inne było złe i nieznane. O mało przez to nie zginął gdy w końcu udało mu się uciec, nieprawdaż? Pytania były dla niego ważne lecz najwyraźniej reszcie ludzi przeszkadzały. Więc gdy tylko spotkał duszę podobną do tego mężczyzny od razu uczepiał się jej przynajmniej na bezpieczną odległość aby dowiedzieć się jak najwięcej. Nie potrzebował wyczerpujących odpowiedzi lecz jakichkolwiek. Gdy usłyszał głos mężczyzny spojrzał na niego automatycznie i delikatnie potaknął głową. Czyli... on też patroszył ludzi? Delikatnie opuścił wzrok wciąż zaciskając dłonie na nowo jakby ryby tak naprawdę nie oddał jej prawowitemu właścicielowi. Powiódł za nim wzrokiem gdy ten ruszył w kierunku chaty by po chwili ruszyć za nim. Bezszelestnie, tak jak go uczono. Znał słowo morderca lecz nie znał słowa złodziej. Słysząc kolejną odpowiedź mężczyzny potaknął powoli głową. Zmarszczył delikatnie brwi. Zaraz. Czy to oznaczało... Jesteś złodziejem. Wpatrywał się w puste rybie oczy jakby mogły mu na to odpowiedzieć. Odezwał się wciąż stoickim głosem. 
- Czy złodziejem może być ktoś kto nie wie co to jest? - podniósł wzrok na mężczyznę. Jego pytanie brzmiało zupełnie tak jak dziecka które próbuje nauczyć się jak działa Świat. Odpowiedzi mężczyzny były dla niego odpowiednie. Nie zaśmiecały ogólnego zastosowania danego słowa tylko wprost tłumaczyły o co chodzi. Oczekiwał na kolejne odpowiedzi stojąc w bezpiecznej odległości od mężczyzny. Przerzucał zainteresowany wzrok z ryby na właściciela. Słysząc kolejną odpowiedź powiódł wzrokiem za wskazanymi sieciami i gdy je dojrzał potaknął głową. A więc po to ładują je na swoje łodzie. Obrócił głowę aby ponownie spojrzeć mu w dzikie oczy. Czyli jednak był zmiennokształtnym. Słysząc odpowiedź na ostatnie pytanie najwyraźniej długo się zastanawiał po czym powoli potaknął głową. Widział w tym stwierdzeniu sens jednakże... Oni również Ciebie nie atakowali. Delikatnie zmarszczył brwi gdy jego puste oczy zaszły delikatnie mgłą. Odezwał się cicho. 
- Bo by mi kazano... - pogrążył się w zawieszeniu rozważając jego jak i własne słowa. Ożywił się nagle gdy mężczyzna wszedł z nożem w ręce; wyglądał niczym nastroszony kot w każdej chwili gotowy do kontrataku. Gdy jednak mężczyzna usiadł na nowo rozluźnił się bardziej skupiając się na ostrzu przecinającym rybi brzuch. Przez moment spojrzał nawet na psa ale wyglądało to raczej na rozeznaniu się w sytuacji niczym dzikie zwierzę które usłyszało jakiś niepokojący dźwięk. Wszystko wyglądało kompletnie inaczej niż u większych stworzeń. W ogóle nie wyobrażał sobie aby cokolwiek z ryby wyciągać. Czy później będą to jedli? Spojrzał na psa i przechylił delikatnie głowę. Wygląda na to, iż mu smakowało. Powrócił do uważnego przyglądania się ruchom mężczyzny zupełnie jakby naprawdę pierwszy raz widział jak ktoś przygotowuje rybę. Postanowił usiąść na gołej ziemi wciąż przyglądając się pracy ciemnowłosego. Słysząc kolejne wypowiedziane słowa potaknął delikatnie głową i zmarszczył brwi. Chciał wiedzieć więcej. Ponownie odezwał się z spokojem w głosie. 
- Przyprawić czyli... sól? A upiec? I co to znaczy czerstwy? - nie odrywał wzroku od tego jak przygotowuje się rybę. Wiedział co to chleb gdyż kiedyś widział ich cały stragan a człowiek krzyczał zachwalając jego wszelkie walory. Równie głośno krzyczał gdy jasnowłosy uciekał z bochenkiem pod pachą. Dodał już trochę ciszej. 
- I czy można już ją zjeść? - ryba w jego mniemaniu wyglądała już na gotową. Bo tylko o to chodziło, prawda? Aby wyglądała smacznie. 

[Kuchnia z krokodylem - asystenci - rozleniwiony pies i taki jeden co nic nie wie xD]

czwartek, 14 września 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Niewiedza obcego zadziwiała go coraz bardziej, a on sam zaczynał go niepokoić. Był dziwny, przywodził na myśl stworzenie zupełnie oderwane od świata lub pochodzące z zupełnie innego - pustego i ponurego, w którym nie znalazło się nic, do czego mógłby porównywać to, na co natykał się teraz.
- Wypatroszyć - przytaknął. Zawahał się, zastanawiając się, czy chłopak znowu chce wyjaśnień. Cóż, zapewne tak. - No wiesz, pozbawić wnętrzności, tego co w środku. Żołądka, wątroby i tak dalej.
Skąd on się u licha urwał? Aenain zmarszczył brwi, biorąc podaną mu przez niego rybę do ręki. Oślizgłe oko o brązowej tęczówce patrzyło na niego pustym wzrokiem, gdy szedł w stronę chaty. Rabuś skradał się u jego boku, jego kroków niemal nie było słychać.
Po chwili znowu posypały się pytania.
Talindyjczyka jakimś cudem zdziwiło, że jego nowy znajomy nie wiedział co to złodziej. Zupełnie jakby to było coś nie do przewidzenia. Chociaż nie, właściwie było. Zawsze wydawało mu się, że co jak co, ale złodziejstwo jest na tyle pospolitym przestępstwem, by występować wszędzie i być znanym każdemu. Zresztą to było jedno z pierwszych słów, których nauczył się, gdy tutaj przybył.
Westchnął. Cóż, przynajmniej wie czym jest sól. Dobre i to.
- Złodziej to ktoś, kto kradnie...zabiera cudze rzeczy. Bez pozwolenia i zapłaty - wyjaśnił. Czuł się trochę dziwnie, tłumacząc tak wszystko, szczególnie że miał wrażenie, że wychodzi mu to dość topornie, ale cóż innego miał robić? - A sól jest dla smaku. O ile ktoś lubi.
Zostawił rybę na pieńku stojącym pomiędzy koszem a ścianą i przeciągnął się leniwie.
- Większość ryb łapię w sieci, zwłaszcza gdy łowię w towarzystwie miejscowych rybaków. - Wskazał na sfatygowaną sieć rozwieszoną nieopodal, chcąc wyprzedzić ewentualne pytanie. - Oficjalnie wszystkie. Ale, cóż, skoro mnie już widziałeś, to szczerze mówiąc większe o wiele wygodniej chwyta się w szczęki. Tak samo jak dziczyznę.
Ucichł na krótką chwilę.
- Na ostanie ci nie odpowiem, bo nie wiem - stwierdził w końcu, wzruszając ramionami. Po raz kolejny zmierzył go uważnym spojrzeniem. - Dlaczego miałbyś musieć atakować kogoś, kto nie atakuje ciebie?
A ty dlaczego atakowałeś kiedyś niewinnych?, odezwało się coś w głębi jego podświadomości, wywołując w nim nagłą ochotę na zajęcie się czymkolwiek.
Nie czekając na odpowiedź, wszedł do chatki i po chwili wyłonił się z nożem w ręce. Rozsiadł się wygodnie na progu, sprawnie rozciął brzuch ryby i zabrał się za wyciąganie jego zawartości, która niezwykle zainteresowała Damala. Pies uniósł łeb i moment uważnie go obserwował, a gdy Aenain wyciągnął z kosza kolejną, wstał i podszedł bliżej, stawiając uszy. Zmiennokształtny rzucił w jego stronę wątróbką i wrócił do patroszenia.
Obcy obserwował uważnie jego poczynania; wkrótce dołączyło do niego stare psisko, próbujące wyprosić na piękne oczy kolejny kąsek. Krokodyl poczuł, że ta milcząca widownia zaczyna go irytować.
- Będzie trzeba je trochę przyprawić, a potem upiec - powiedział im, nie odrywając wzroku od ryby. - Mam chyba jeszcze trochę chleba, ale jest pewnie czerstwy. Nie spodziewałem się dzisiaj gości.

[Obrośnijmy w zdrowy tłuszczyk! :D]

niedziela, 10 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Jego oczy wydawały się inne. Zupełnie dzikie jak u dużych kotów. Podobne do jego własnych. Oczy mordercy. Gdy patrzyli sobie w oczy można by przysiąc, iż za moment będzie można podziwiać krwawe pobojowisko jednakże bestie siedziały zamknięte głęboko na cztery spusty jakby teraz o ich czynach decydowało coś kompletnie dla nich niecodziennego. Człowieczeństwo. Zacisnął mocniej dłoń na rybie gdy mężczyzna się obruszył na wspomnienie o rybie i jej niezbyt dobrym smaku. Spojrzał krytycznie na rybę którą trzymał kurczowo w dłoniach. Dlaczego wszyscy uparcie twierdzili, iż te stworzenia są dobre w smaku? Podniósł wzrok na zielone tęczówki jakby oczekując dalszych wyjaśnień. W swoim Świecie nie wierzył praktycznie niczemu na słowo. Przecież doskonale wiedział czym to się kończy, nieprawdaż? Karmazyn tak trudno schodzi. Nie zdawał sobie sprawy, iż pies mógłby cokolwiek mu zrobić. Jak do tej pory jedyny zwierzętami które były w stanie go zaatakować mieszkały głęboko w lesie. Zwierzęta które znajdowały się przy obejściu ludzi były... inne. Nie atakowały bez potrzeby a gdy długo wpatrywały się w jego oczy dochodziły do wniosku, iż nie ma potrzeby tracić paru kłów czy też zdobywać nowych ran. Jak i większość po prostu się bała. Tak jak zwierzyna łowna boi się drapieżnika. A więc była by to miła odmiana gdyby nie fakt gospodarza. Czy to, iż sam ma tak dzikie oczy sprawiał, że pies był tak spokojny? Niepokoiło go trochę co może skrywać za sobą ten człowiek z wyglądu. Wtedy zaczął odpowiadać na jego pytania. Nie zadał ich po to aby zbyć go czymś. Naprawdę był ciekawy tego całego świata który przez większość jego życia trwał za grubymi drzwiami bez jego udziału. Chłonął więc każdą (mniej lub bardziej przydatną) wiedzę jak gąbka. Tak też było tym razem. Z uwagą przyglądał się mężczyźnie gdy odpowiadał. Gdy była mowa o tataraku obejrzał się na najbliższy krzak i powtórzył cicho jego nazwę pod nosem. Następnie słysząc odpowiedź o pelikanie otworzył trochę szerzej oczy. Wyobraził sobie dokładnie to co usłyszał. Nie był pewny ale może nawet takowe "pelikany" widział. Jego wzrok odrobinę się ożywił gdy wpatrywał się wciąż w krzaki. Jakby za chwilę miał stamtąd wyskoczyć pelikan i pożreć resztę ryb znajdujących się prze nim. Propozycji od mężczyzny padłą jakby nieoczekiwanie. Wzrok ponownie się wyciszył a umysł naprowadził na główny tor. Spojrzał na wyciągniętą w jego stronę dłoń i przycisnął mocniej rybę do swej piersi. Naprawdę od sporego czasu nie jadł i miał zamiar nawet walczyć o jedzenie jeśli zaszła by takowa potrzeba. Podniósł wzrok na jego wyczekujące oczy. Właściwie miał do stracenia tylko jedzenie. Błąd. Ach. Jego źrenice powiększyły się prawie do granic możliwości tak jak robią to koty zaraz przed skokiem na ofiarę. W jego głowie rysowały się jednak plany ucieczki lub ewentualnego wyszarpnięcia się z niespodziewanego uścisku. 

Nikomu nie ufaj. Bo i nikt nie zaufa Tobie. 

Słysząc kolejne nowe słowo delikatnie zmarszczył brwi i powtórzył cicho. 
- Wy-ptroszyć?- spojrzał na rybę już nieco mniejszymi źrenicami. Właściwie o czymś takim kiedyś opowiadała mu Elen. Jak to się nazywało... ach tak! Gotowanie. To może właśnie było to? Słysząc kolejną sentencję skierowaną w jego stronę, delikatnie się zgarbił jakby w samoobronie przed ciosem który miał nigdy nie nadejść. Jednak raz wyuczonych "sztuczek" trudno było się oduczyć. Słyszał dużo razy jak ludzie tak zanim wołali. W zasadzie nigdy nad tym się nie zastanawiał ale musiało oznaczać coś złego. Przez chwilę widocznie się zastanawiał. Dlaczego nie dać mu tej ryby? Wtedy będzie mógł zadać mu pytania i może nawet dostać na większość odpowiedzi? Skoro przecież nie uciekł przy pierwszej okazji jak zazwyczaj czynią to inni. Ani nie wygonił go z okrzykami. To może... jego źrenice ponownie się powiększyły gdy podał mu ostrożnie rybę do jego dłoni. Gotowy w każdej chwili do obrony. Do ataku. Do ucieczki. Przypatrywał się uważnie mężczyźnie by po chwili zadać kolejne pytanie delikatnie zachrypniętym głosem. 
- Co to... złodziej? I po co sól? Jak łapiesz te ryby? Nie muszę Cię atakować? - pytał szczerze bez krzty rozbawienia w głosie. Z jednej strony ciekawski lecz z drugiej ostrożny. Jak dziki kot który po raz pierwszy widzi na oczy człowieka. Trzymając się na odległość stara się wszystko zbadać. Jednocześnie sami ludzie czują czyhające niebezpieczeństwo na ich kruche życia. Chłopak miał nawet delikatnie ugięte nogi w kolanach jakby rzeczywiście za chwilę miał rzucić się do ucieczki bądź na mężczyznę. Chciał lepiej wybadać grunt na którym stoi. Musiał wiedzieć więcej. Zabij. Nie musi. Nie zagraża mu a przynajmniej na chwilę aktualną. 

[On je szanuje - ale jeszcze o tym nie wie >:D]

niedziela, 3 września 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Patrzeli sobie w oczy przez moment, który chociaż krótki, wydawał się rozciągać na parę minut i odcinał się na tle ich rozmowy niczym plama świeżej krwi na śniegu. Spojrzenie zielonych, przypominających gadzie ślepi ścierało się z pustym wzrokiem obcego; oba próbowały przeniknąć głębiej i odkryć, z czym mają do czynienia. 
Parę sekund później czas przyspieszył, odzyskując swe normalne tempo. Aenain pokręcił głową, zrywając kontakt wzrokowy, i syknął. Instynkt podpowiadał mu, że trafił na równego przeciwnika - nie był tylko do końca pewien, w którym aspekcie równego.  To...stworzenie nie było jedynie zabiedzonym chłopaczkiem. Cóż, właściwie był ciekawy, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdyby nie przerwał ataku.
Ale na razie nie było czasu na rozmyślanie. Jego duma została urażona.
- Oczywiście, że jest dobra - obruszył się. - Jedna z lepszych!
Chłopak spojrzał krytycznym spojrzeniem na trzymaną w ręku rybę, a potem ponownie przeniósł wzrok na niego. Ewidentnie nie wierzył.
Kim on właściwie był?
Bo odpowiedź na pytanie, dlaczego musiał dobrać się akurat do jego ryb, znał doskonale. Zostały pod opieką przygłuchego Damala - czyli spokojnie można powiedzieć, że same - a w okolicy nie było nikogo, kto mógłby zwrócić uwagę na to, że ktoś nieproszony właśnie się do nich dobiera. Aenain jednak tym razem cieszył się z faktu, że pies nie zareagował; wolał stracić te parę głupich ryb, niż swojego jedynego przyjaciela. Nawet jeżeli był leniwym darmozjadem.
Talindyjczyk westchnął, widząc powątpiewanie na twarzy chłopaka. Uznał, że łatwiej będzie, jeżeli najpierw rozwieje jego wątpliwości dotyczące nieznanych pojęć.
-  Tatarak to te rośliny, z których wyrastają pałki. Wszędzie ich tu pełno - oznajmił z rezygnacją. - A pelikan jest ptakiem. - Rozpostarł ręce, próbując zobrazować rozmiary opisywanego zwierzęcia. - Takim biało-czarnym. Z długim dziobem, pod którym ma worek na ryby. I łyka je w całości, tak jak ty przed chwilą próbowałeś.
Cóż, wydawało mu się, że te definicje były wystarczająco wyczerpujące. Jego wzrok powędrował ku trzymanej przez chłopaka rybie.
- Mogę pokazać ci, jak się je przyrządza - zaproponował. Wyciągnął rękę, w odpowiedzi na co złodziejaszek przycisnął swoją zdobycz do piersi.
Nie wiedział, dlaczego w ogóle cokolwiek mu zaproponował. Chciał zrobić dobry uczynek? Złodziej przypominał mu ludzi z dawnych lat? A może to tylko fakt, że chłopak widział, jak zmienia postać, i czuł chęć wymuszenia na nim obietnicy, że nikomu o tym nie powie?
- No, chodź. Trzeba ją wypatroszyć i zobaczyć, czy została jakaś sól - ponaglił go. - I wciąż jesteś paskudnym złodziejaszkiem, nie myśl sobie.

 [Ale ryby to ty szanuj. xD]

sobota, 2 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina




Zauważył tą subtelną zmianę w długości dni. Ale to, iż ją dostrzegł nie oznaczało, iż ja zrozumiał. Nie wiedział dlaczego tak jest. Ludzie mówili coś o “jesieni”. Pamiętał jesień.

Jej rude włosy które rozlewały się kaskadą po równie rudych liściach. Opowiadała, iż te liście spadły z drzew gdyż szykują się do zimy. Opisywała mu jak wygląda teraz świat. Pełen palety barw. Pełen słońca i deszczu. Zapachu grzybów i mokrego psa. Przygotowała wszystko i wszystkich na nadchodzącą zimę. “Jesteś jak jesień”. “Dlaczego?”. “Bo jesteś słońcem. Kolorami. Deszczem

Jesień. Zapamiętał coś o wiele ważniejszego. Jak po jesieni nadeszła zima. Biała i otępiająco chłodna. Będzie musiał znaleźć lepszą kryjówkę i… i coś jeszcze. Elen mu to opowiadała. Co robiły zwierzęta? Ach tak. Zbierały zapasy. Musi porządnie się najeść. Albo w ogóle zjeść. Ostatnio jadł trzy dni temu. Całkiem nieźle jak na jego standardy. Teraz potrzebował czegoś bardziej treściwego niż parę jabłek. Wiedział, iż tam gdzie jest woda tam i muszą być ludzie którzy wracają z tymi oślizgłymi zwierzętami. O ile dobrze słyszał nazywały się ryby i było ich całkiem sporo. Więc… nikt chyba nie zauważy gdy zniknie takowa jedna bądź dwie, nieprawdaż? Najpierw obchodził zbiornik wodny w poszukiwaniu ryb bez opieki. Jednakże na łodziach zawsze ktoś był a gdy nikogo nie było to brakowało tam również i jedzenia. Musiał to rozgryźć. Resztę dnia więc spędził na przyglądaniu się ludziom. I temu jak zabierają ryby ze sobą do swych domów. Ach. Czyli musiał odnaleźć takowy dom i zaczekać aż właściciel zostawi dobytek? To jednak również nie okazało się znowu tak łatwe. Gdy już myślał, iż nikogo nie ma w okolicy to płoszył się jak tylko usłyszał kogoś obok. Obrał inną taktykę stwierdzając, iż zaczeka do nocy gdy wszyscy pójdą spać a on sam do tego czasu zdąży złapać odrobinę snu. Ruszył brzegiem wody w kierunku największych szuwar. I wtedy trafił na ten domek. Był położony w idealnym miejscu z dala od ludzkich oczu. Zastygł chwilę w bezruchu uważnie przyglądając się okolicy lecz oprócz psa, nie spotkał swym wzrokiem żadnej innej żywej duszy. Dojrzał również ryby o wiele większe od tych na które dybał u innych ludzi. Ruszył w stronę ryb gdy usłyszał warkot ze strony zwierzęcia. Wystarczyło, iż raz spojrzał mu prosto w oczy a ten zaraz położył uszy po sobie i położył się milcząc. Ze zwierzętami nie miał najmniejszych problemów. Zazwyczaj i tak przecież się go bały, nieprawdaż? Gdy już stanął przy koszu przekrzywił głowę w prawo, przyglądając się rybom. Próbował chwycić jedną lecz wyślizgnęła mu się z dłoni. Pies podniósł łeb gdy ryba wpadła na powrót do koszyka i również przekrzywił głowę w bok. Chłopak wymamrotał.
- Sam spróbuj. To nie takie proste. - pies na nowo położył pysk a chłopak pozwolił sobie nawet usiąść. Jak oni je chwytali, że nie wypadały im z rąk? Chwycił ją ponownie lecz i tym razem wyślizgnęła się. Zmarszczył delikatnie brwi i teraz złapał ja pewniejszym chwytem. Potaknął głowa gdy mu się udało i… tak siedział z rybą trzymaną w rękach. Jak się ją je? Dopiero teraz dotarło do niego jakże ważne pytanie. Jak się to je? Od ogona? Albo ma ją obrócić? Zmarszczył brwi. Musi zjeść ich jak najwięcej więc może… postanowił, iż zacznie ją jeść od głowy. Co jednak nie okazało się takie łatwe. Nie miał aż tak ostrych czy twardych zębów aby ją porządnie ugryźć. Jak to diabelstwo jedzą inni ludzie?! Smakowało ohydnie. Elen by go chyba nie okłamała, nieprawdaż? Uświadomił sobie jak głupio teraz pomyślał. Ohydnie? Chyba zapomniałeś czym Cię karmili. Spojrzał ponownie na rybę i ponownie spróbował ją ugryźć jednak zeskrobał z niej tylko łuski które nie były całkiem smaczne. Wypluł je i obrócił rybę w dłoniach aby spróbować tym razem pod innym kątem. Lecz zanim zdążył nawet otworzyć usta usłyszał za sobą dźwięki odpowiadające czyimś krokom. Jednak aura tej osoby… nie był człowiekiem. Odwrócił się gwałtownie napotykając swym wzrokiem właściciela niepokojącego sygnału. A więc to był właściciel? Zabij go. Nie. Nie zrobi nic podobnego. Trwał w bezruchu nawet wtedy gdy mężczyzna do niego podszedł. Wpatrywał się wciąż bez emocji w jego oczy. Wtedy się odezwał co spowodowało, iż zacisnął mocniej dłonie na rybie. Delikatnie zmarszczył brwi i cicho powtórzył bardziej do siebie niż do niego.
- Pe. Li. Pelikan. - pierwszy raz spotkał się z tym określeniem więc kompletnie nie wiedział co odpowiedzieć. Pierwszy raz też ktoś nie gonił go z miotłą gdy ten próbował coś zjeść. Więc wciąż siedział w miejscu z rybą w dłoni nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Na chwilę tylko odwrócił głowę gdy ten wskazał na psa. Cicho powtórzył pod nosem nazwę której nie znał i powrócił wzrokiem do właściciela ryb. Czy on myśli jak go zajść czy też odwrócić jego uwagę? Czekał na moment aż zachowa się jak reszta ludzi i ruszy na niego wyzywając go od “złodziei”. Lecz to nie nastąpiło. “To dobra ryba”. Delikatnie zmarszczył brwi i spojrzał na trzymaną w dłoniach. Może rzeczywiście smakowała tylko paru ludziom? Więc dlaczego wszyscy je kupowali? Może trzeba coś z nimi zrobić zanim się je zje? Spojrzał ponownie na mężczyznę i zachrypniętym głosem się odezwał.
- Co to pelikan? Co to tatarak? I kłamstwo. Jest niedobra. - obrócił rybę w dłoniach oglądając ją ze wszystkich stron. Może trzeba ją obrać albo coś takiego? Jak czasami kobiety obierały jabłka? Wpatrywał się jednak cały czas w oczy mężczyzny swoimi praktycznie pustymi oczyma. Wydawało mu się, iż nie widzi tam człowieka. Te oczy mężczyzny były inne od tych które widział u ludzi w wiosce. Wyglądał też trochę inaczej. Może dlatego, iż ufał bardziej zwierzętom niż ludziom ale jakoś pewniej czuł się w jego towarzystwie niż takiej Janiny z targu.

[Najlepsza babcia po tej stronie rzeki xD ]

czwartek, 31 sierpnia 2017

Od Aenaina do Bezimiennego

Słońce zachodziło nad Aseroth powoli, a jednak zauważalnie szybciej niż jeszcze kilka tygodni wcześniej, gdy lato wciąż było w pełni. Jego promienie padały na miasto pod coraz mniejszym kątem, wyostrzając cienie i barwiąc grzbiety brunatnych fal na kolor dojrzałych pomarańczy. Niebo szkarłatniało, jak gdyby dawało rybakom sygnał do powrotu z połowu. Niedługo zrobi się niebezpiecznie, zdawało się mówić. Wracajcie albo woda przybierze tę samą barwę, co ja.
Aenain patrzył na przypływające do rybackiej części doków gromady łodzi, próbując wyłowić wzrokiem spośród nich te znajome, należące do ludzi, z którymi zdarzało mu się łowić. Podziwiał cumujące w oddali statki bogatych kupców, dłuższą chwilę obserwował także odbijający od brzegu galeon, który, o ile dobrze się orientował, wyruszał właśnie w podróż do Talind.
Wydał z siebie podobny do westchnięcia syk, gdy gasnąca Sarahne po raz kolejny stanęła mu przed oczami. Ciekawe, przywoływanie wspomnień jej żywej przychodziło mu znacznie trudniej i nie były tak wyraziste. Poruszył się niespokojnie, czując, jak ściska go w dołku. Znowu patrzył, jak jej wzrok traci blask, jak staje się pusty i pozbawiony duszy. Czuł między palcami jej krew; mimowolnie zacisnął błoniastą łapę, ponownie wyobrażając sobie, jak przyciska dłoń do jej boku. Jak zostaje z nią do końca zamiast uciekać od razu. Nie był w stanie stwierdzić, czy był jej to winien. Ale może teraz byłoby mu przynajmniej lżej? Spróbował odgonić od siebie ponure myśli.
Po raz kolejny niepotrzebnie dramatyzujesz, stary durniu, złajał się w duchu. Los się do ciebie uśmiechnął, a ty zachowujesz się, jakbyś tęsknił za łańcuchem na szyi.
Cóż, za tym łańcuchem akurat nie tęsknił; jego fragmenty służyły mu teraz dzielnie na łodzi.
Wzrok krokodyla ponownie powędrował ku pięknemu niebu; słońce już w połowie skryło się za horyzontem, fantazyjne kolory powoli ustępowały nadchodzącemu z przeciwnej strony granatowi, który pochłaniał błękit, szykując tło dla gwiazd. To był dobry dzień. Ciepły, ale nie upalny, w sam raz, by wygrzać łuski na słońcu i odespać nocne łowy, które tak swoją drogą były wyjątkowo owocne. 
Teraz jednak, gdy zbliżała się noc, talindyjczyk doszedł do wniosku że powinien wracać do domu. Wstał więc i ruszył niespiesznie przez plażę w stronę ujścia jednej z mniejszych rzek wpadających w tym miejscu do morza, kołysząc majestatycznie ogonem w rytm stawianych kroków. Nie musiał iść daleko; wystarczyło piętnaście minut spokojnego marszu w górę rzeki, by dotrzeć do opuszczonej rybackiej chatki, którą jakiś czas temu postanowił się zaopiekować. Mimo początkowych trudności okazała się być domem idealnym: znajdowała się przysłowiowy rzut kamieniem od jednego z osiedli rybackich znajdujących się poza miastem, ale jednocześnie fakt, że stała w środku lasu otoczona gęstymi szuwarami porastającymi brzeg rzeki, zapewniał wystarczająco dużo prywatności komuś, kto teoretycznie się ukrywa (a przynajmniej próbuje utrzymać w tajemnicy fakt, że ma w zwyczaju przeobrażanie się w wielkiego czarnego gada).
Przebrnął przez okalającą dom roślinność i wyszedł na niewielki wykoszony skrawek tuż przy domu. Przystanął na moment, widząc wymizerowaną sylwetkę kucającą nad wodą. Do jego nozdrzy dotarł ostry zapach, mieszanka strachu i potu, przebijająca się przez płynącą z kosza przy drzwiach chaty woń ryb, które zostawił sobie na wieczór.
Złodziej, dotarło do niego.
Cholerny złodziej.
I cholerny pies, który zamiast spróbować go odstraszyć, wyleguje się leniwie przy koszu i na niego patrzy!
W tym momencie rabuś odwrócił gwałtownie głowę. Oskarżenie było słuszne - w rękach kurczowo ściskał rybę. Musiała pochodzić z kosza - żyła w morzu, nie w rzece. Obcy zastygł w bezruchu i patrzył na Aenaina; poderwał się na równe nogi dopiero w momencie, gdy ten zmienił postać i ruszył na niego, klnąc wściekle po swojemu, gotowy złoić mu skórę.
Chłopak cofnął się i skulił lekko, prawdopodobnie rozglądając się za najlepszą możliwą drogą ucieczki. Był obszarpany i wymizerowany, a w jego oczach widać obłęd zaszczutego zwierzęcia - Aenain widywał taki nieraz za czasów swojej świetności u niektórych niewolników. Zmiennokształtny zatrzymał się raptownie, gdy znalazł się na tyle blisko, by móc przyjrzeć się dokładniej obcemu. Jego twarz była blada, okolica ust błyszczała, a miejscami była pokryta krwią. Mężczyzna skrzywił się z obrzydzeniem, uświadamiając sobie, że to rybi śluz, jeszcze bardziej uderzyły go ślady zębów na rybim łbie.
Do diabła, czy ten chłopak nie wie co ma w rękach?
Powędrował spojrzeniem z powrotem do twarzy złodziejaszka.
- Jesteś pelikan, że chcesz ją połknąć razem z głową i płetwami? - zapytał, marszcząc brwi. - Nawet ten stary sar'ekuul nie chwyta się surowych. - Wskazał na drzemiącego w najlepsze Damala.- Nawet ja nie jem surowej, jeśli nie muszę. - Zmierzył chłopaka krytycznym spojrzeniem, w pełni świadomy, że powinien teraz wyrwać mu swoją własność i porządnie złoić skórę. Ale jakoś tak zmienił zdanie.
Odpowiedziało mu jedynie podejrzliwe spojrzenie. Westchnął. Co mu właściwie szkodzi jedna ryba?
- To dobra ryba - odezwał się ponownie, odrobinę mniej zjadliwie. - Skoro już ją ukradłeś, postąp z nią jak należy. A jak potrzebujesz się rozchorować, to nażryj się lepiej tataraku.

[Czy Krok zabrzmiał właśnie jak marudna babcia? Anyway, proszę bardzo, rozpoczynam. :D]