niedziela, 3 grudnia 2017

Od Al cd Cutie


Gdy już udało mu się ustalić, kim jest, powrócił do przyglądaniu się człekopodobnej istocie. Stała w rzece, która musiała być potwornie zimna, sądząc po tym, jak się trzęsła. Przez chwilę nie rozumiał, co mogło ją skłonić do wejścia do lodowatej wody, ale potem zobaczył, że trzymała w rękach jakiś materiał i zawzięcie tarła go o siebie. Wtedy sobie przypomniał. Matka Alura, w jedynym miesiącu w roku, gdy śnieg był tylko cienką warstwą, momentami wręcz znikał, a lód na wodach stawał się prawie nieistniejący, brała ubrania i prała je w rzece, zamiast robić to w balii z wodą.

Istota odwróciła się tak, że Alur mógł lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Wyglądała prawie jak człowiek. Miała złote oczy i długie, jasne włosy. Jednak jej delikatne i idealnie symetryczne rysy sprawiały, że wyglądała prawie nierealnie - zdecydowanie zbyt piękna, żeby być człowiekiem. Al patrzył na nią z coraz większą fascynacją. Usłyszał, jak mówi coś do siebie. Szum wody zagłuszył większość słów, ale udało mu się wyłapać, że mówi o swojej koszuli. Używała języka, który był dla niego zrozumiały, ale różnił się od tego, jak mówili w jego stronach. W ustach tej istoty brzmiał on melodyjnie, prawie tak jakby śpiewała. Już dawno nie słyszał swojego ludzkiego języka… Tak naprawdę od dawna nie słyszał żadnego języka, ani nawet głosu, który by choć trochę przypominał ludzki. Dopóki owa woń nie przyprowadziła go tutaj. Przyglądał się, jak rozkładała na kamieniu mokry materiał, żeby wysechł na słońcu. Ta…

Alur miał dość nazywania owej prawie ludzkiej kobiety „istotą”, „postacią”, „prawie człowiekiem”, „prawie ludzką kobietą”. Nie znał jej imienia ani gatunku, więc musiał sam coś wymyślić. Coś majestatycznego, pięknego…

Nagle usłyszał, jak coś spada do rzeki, z zaskoczenia poruszył się gwałtownie i spostrzegł, że owa majestatyczna, piękna postać upadła tyłkiem do wody, piszcząc przy tym ogłuszająco i sprawiając, że ptaki na pobliskich drzewach zerwały się do lotu. „Might as well call her a cute dork” pomyślał Alur z czymś, co miało przypominać rozbawiony uśmiech, ale na jego wilczym pysku był to jedynie zwierzęcy grymas. „Cutie” (Al stwierdził, że to będzie krótsze i łatwiejsze do… myślenia) zasłoniła sobie usta dłonią i wyglądała na potwornie zawstydzoną. Po czymś, co brzmiało jak przekleństwo, znowu zaczęła się wydrapywać z rzeki. Wtedy Alur to zobaczył. Łuk. Leżał razem z różnymi tobołkami. W kilku bezszelestnych susach dopadł do brzegu rzeki i warknął ostrzegawczo.

Miał tylko chwilę, żeby podziwiać jej urodę, gdyż z zaskoczenia ponownie upadła do wody. Gdyby był w swojej ludzkiej postaci, to by pewnie tarzał się ze śmiechu, ale musiał grać złego, wielkiego wilka. Mimo iż „Cutie” na jego oczach już dwa razy wylądowała tyłkiem w rzece, niczym niezdarny pięciolatek, to nie dał się zwieść. Widział umięśnione ręce i plecy, które mówiły, że ten łuk nie był jedynie dla ozdoby. Pozwolił jej wyjść z wody i zebrać swoje rzeczy, nie odrywając wzroku od łuku. Nie było to narzędzie jedynie do polowania na króliki. Różnił się też od tych, które widział w swoich stronach.

- Znasz starszą mowę? Albo język współczesny? – Alur odwrócił się gwałtownie w jej stronę. Spojrzał w jej cytrynowe, inteligentne oczy zastanawiając się, czy może nie była aż tak inteligentna, jakby mogło się wydawać. „Jak mam ci na to odpowiedzieć? Odszczekać? Nie widzisz, kobieto, że jestem w wilczej skórze? Widziałaś kiedyś wilka mówiącego ludzkim głosem? Jeśli tak to z chęcią go poznam.”

Lekki powiew zimnego powietrza od strony rzeki na chwilę odwrócił jego uwagę. Podniósł pysk i zaczął węszyć – woń, która go tu przyprowadziła była teraz dużo silniejsza i zdecydowanie należała do istoty przede mną. W pewien sposób była bardzo ludzka, ale jednocześnie bardzo od niej różna. Przymknął oczy, starając się jak najwięcej z niej wyczytać. Słodki zapach jakiegoś owocu, woń lasu, ale też ludzi z jakiejś nieznanej mu wioski, nutka chwilowej niepewności i czegoś jeszcze... Czegoś czego nie potrafił nazwać, ale było to coś wręcz mistycznego... Nie wiedział co to było, więc postanowił, że później się tego dowie. W końcu otworzył oczy, położył uszy po sobie i usiadł. Alur zobaczył w oczach Cutie powracającą pewność siebie. Nie minęła chwila, a już próbowała go obejść, żeby dostać się do łuku. Od razu się podniósł, strosząc grzbiet i zawarczał ostrzegawczo.

- N-no dobrze! Już! - cofnęła się i stanęła w miejscu. - Już się nie ruszam.

Alur z powrotem usiadł, mając nadzieję, że zrozumiała, iż nie da jej się zestrzelić z łuku. Przekręcił głowę mogąc się lepiej przyjrzeć Cutie. Była wyższa niż większość ludzkich kobiet, szczupła, ale nie chuda, miała jasną skórę, która prawie mieniła się w słońcu. Nagle zrobiła krok do przodu, a on pokazał kły. Cofnęła nogę, schował kły.


- Aha... Nie pozwolisz mi wziąć moich rzeczy? – „Żebyś mogła wziąć swój łuk? A w życiu!” - A ubrania to już ci nie przeszkadzały – „Ubraniami nie możesz mnie zabić, księżniczko”.




[Alur is sassy even when he can’t speak.]

niedziela, 22 października 2017

od Aenaina do Bezimiennego

Sądząc po reakcji obcego, pytania trafiły w samo sedno. Aenain siedział nieruchomo, obserwując z uwagą, jak na twarzy chłopaka grają targające nim emocje; chwilowy spokój pękł niczym mydlana bańka, a z ponownie zezwierzęconego spojrzenia biły niepokój i desperacja.
Krokodyl poruszył się, gdy padły ostatnie słowa, i mimowolnie przyjął dogodniejszą do odparcia ewentualnego ataku pozycję. Poczuł, jak po jego kończynach powoli rozchodzi się mrowienie towarzyszące zmianie postaci; nie chcąc być tym, który jako pierwszy podejmie inicjatywę i rozpocznie ewentualne starcie, w ostatniej chwili wstrzymał proces, który jego organizm rozpoczął właściwie mimo jego woli.
Obcy wydawał się również prowadzić wewnętrzna walkę, zaciekle broniąc jakiejś racji przed samym sobą, a Talindyjczyk obserwując go zaczynał nabierać przekonania, że spór toczy się o coś niebezpiecznie z nim powiązanego. Na przykład o jego życie.
Właściwie w pewnym stopniu żałował, że zadał nurtujące go pytania w tak brutalny sposób. Nie chciał płoszyć chłopaka, ani tym bardziej zmuszać go do ostateczności. Zdecydowanie nie zamierzał też sugerować, że powinien odejść jak najszybciej.
- I tak już je mam - odpowiedział na zapewnienia swego gościa, wzruszając ramionami z cieniem uśmiechu na ustach. Spojrzał na niego. - I są całkiem podobne do twoich, więc nie robi mi to różnicy. 
Umilkł. Po chwili jednak coś pchnęło go do dalszych zwierzeń. Chciał, by jego historię znał jeszcze ktoś prócz starego, steranego życiem na ulicy psa.
- Moi panowie również mnie szukają - powiedział. Zaraz jednak się poprawił, a w jego głosie zabrzmiała nostalgia. - A właściwie rodzina mej pani. Nie jestem pewien, czy zależy im na mnie równie mocno, co twoim na tobie, jednak jak dotąd jeszcze mnie tu nie znaleźli. To miejsce to dobra kryjówka...
Ponownie przerwał, gdy gdzieś nieopodal cichy szmer rzeki rozdarł nagły plusk wody, co najmniej jakby wskoczyła do niej wydra lub bóbr.
Albo coś akurat w niej brodzącego straciło nagle równowagę.
Aenain rzucił obcemu znaczące spojrzenie i skierował wzrok w stronę, z której dobiegł ich dźwięk. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nie dobiegło do ich uszu nic prócz zwykłych nocnych odgłosów lasu, rechotania mieszkających nad rzeką żab i koncertu świerszczy.
Krokodyl zaklął, gdy tuż nad uchem zabzykał mu komar.
- Właściwie to zabawne. Ukradliśmy chyba samych siebie, nie sądzisz? - stwierdził beztrosko, dogaszając ognisko. - Może sprawdzilibyśmy, czy nie mamy jakichś nieproszonych gości? - zaproponował szeptem, po czym dodał już normalnie: - Powinienem wymyślić sobie, jak chcę się do ciebie mówić?

<Ja też żyję! xD>

czwartek, 19 października 2017

od Corrima

Świetlik wyciągnęła nos w stronę otwartego okna, węsząc zawzięcie w powietrzu, gdy tylko poczuła zapach ryb, rano jeszcze świeżych, przynoszony przez wpadającą do pomieszczenia słoną morską bryzę. Corrim poklepał ją po potężnym łbie w czymś na kształ roztargnienia, bez większego zainteresowania wyglądając przez to samo okno, wychodzące na nabrzeże; kilka samotnych kutrów kołysało się na ciemnej tafli morza, jakby poganiane przez niecierpliwe pokrzykiwania mew czekających już na wieczorny posiłek.
– Jesteś bardzo ciekawą osobą, wiesz? – odezwał się po chwili, nie spuszczając znudzonego wzroku ze smukłych, białych ptasich kształtów szybujących w powietrzu bez najmniejszego wysiłku. Suka ułożyła mu się u stóp, niezainteresowana już zapachem, który najwyraźniej wcale nie oznaczał przekąski. – Wciąż nie jestem pewien, czy aż tak bardzo ci życie niemiłe, czy po prostu jesteś na tyle głupi, żeby narażać się bez większego powodu. Krowa. Naprawdę?
Właściwie wcale nie chciał się tego dnia ruszać ze świątyni. Zresztą jak przez zdecydowaną większość dni, o ile akurat nie miał czegoś wybitnie ważnego do załatwienia na mieście; a trzeba przyznać, że gdy jest się miejscowym kaznodzieją i odpowiada się głównie za dobre kontakty miejscowej ludności z istotą wyższą, raczej nie zdarza się, by trzeba było biegać rano do piekarza. Fakt jednak pozostaje faktem, że i kapłanom przydarzają się przypadki nagłe i niespodziewane, takie zrządzenia losu, których nie sposób przewidzieć, a które natychmiast wypędzają człowieka spod bezpiecznej, znajomej strzechy i pchają na drugi koniec miasta, przy okazji irytując niezmiernie faktem, że zwyczajnie nie sposób przewidzieć, kiedy i w jakiej formie postanowią pojawić się na twoim progu i zastukać radośnie do drzwi.
Plotka o wielkim gadzie, którego ponoć jeden z rolników widział z krowią nogą w paszczy, z całą pewnością mogła się do takich przypadków zaliczać. Szczególnie gdy wśród ludzi od poprzedniego wieczora krążyły raczej dość alarmujące wieści o cielęcia z jednego z nadmorskich pastwisk... i w połączeniu z faktem, że niektórzy kapłani znali pewne wielkie gady osobiście.
Krokodyl ułożony jak gdyby nigdy nic pod przeciwną ścianą jedynie wydał z siebie bulgoczący dźwięk zdający się dobiegać gdzieś z głębi gardła, ale nie zrobił nic więcej, zupełnie jakby karcący ton kapłana, tak podobny do tego, którym matki zwracają się do niesfornych dzieci, zupełnie do niego nie docierał. Świetlik leniwie zastrzygła w jego kierunku lewym uchem, ale pozostała w podobnym bezruchu. Corrimowi z kolei nie udało się powstrzymać głębokiego westchnienia. Miał coraz większe wrażenie, że jego słowa trafiają w próżnię, a jakaś jego część, mała, maluteńka, powoli zaczynała żałować, że w ogóle pozwolił głupim plotkom o jeszcze głupszym gadzie wyciągnąć się aż na samo nabrzeże.
– Będziesz miał przez to problemy – stwierdził jeszcze ze zrezygnowaniem, wcale nie spodziewając się, by miało to w jakikolwiek sposób cokolwiek zmienić. Ba, nie zdziwiłby się nawet, gdyby Aenain w ogóle całkowicie ignorował jego obecność i za chwilę zapadł w drzemkę. – Nawet jeśli nikt nie połączy faktów i rybacy nie załomoczą do twoich drzwi uzbrojeni w pochodnie i widły, to i tak będą znacznie uważniejsi. Ciężko jest przegapić ogromnego gada jeśli żyje się ze świadomością, że twoje cielę może skończyć w jego paszczy jako następne.


<mówiłem że lanie wody? mówiłem>