Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezimienny & Sarai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezimienny & Sarai. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 października 2017

Od Sarai'a do Bezimiennego



Prychnął ze wściekłości, gdy chłopaczek salwował się ucieczką. W przeciwieństwie do swojej ofiary, dziki nawet nie próbował wdrapać się na drzewo. Nie był przecież głupi, znał zdolności i przewagę chłopaka. Zamiast tego, z delikatnym uśmiechem malującym się na ustach pomimo irytacji, uniósł ręce na wysokość twarzy, odczekał i wystrzelił kulę ognia idealnie w momencie, w którym jego zwierzyna skoczyła. Pocisk spudłował jedynie odrobinę. Dziki zmarszczył nos, rozczarowany niemalże, rzucając się w pościg. Obserwował, jak młody chłopak podciąga się, zapominając o zranionej ręce. Ta nieostrożność watra jest odnotowania. Może się przydać. Pomimo ran jednak potwór nie zdawał się wcale osłabiony. Sarai słał w jego kierunki słupy ognia, żeby skierować go w odpowiednią stronę. Ogółem, dziki starał się utrzymać chłopaka na terenie który już dobrze poznał, odzyskując w ten sposób przewagę.
Nagle jednak potwór wyskoczył w tył, nad Sarai'em. Dziki podążył za nim wzrokiem, zatrzymując się natychmiast. Piętami zarył w miękkie, leśne podłoże. Dobrze, że nie było ślisko, bo tego typu manewr stanowczo by mu nie wyszedł. Skoczność chłopaka nie przestawała go zadziwiać. Pod tym względem Sarai był w stanie uwierzyć, że to dziecko niemalże, które goni, może być potworem. Szybkość i wytrzymałość także robiły niemałe wrażenie. Spróbował osłonić się, gdy tylko zauważył błysk odbitego światła księżyca na jakimś metalu w rękach chłopaka.
Nawet udało mu się uniknąć ataku, gdy ten ostro zapikował w dół. Dziki intuicyjnie posłał w jego kierunku kolejną kulę ognia, by chociaż trochę kontrolować ruch potwora.
Przygotowany na atak od przodu, jedynie w ostatniej chwili zdążył zareagować, gdy chłopak znalazł się za jego plecami. Jednak nie udało mu się nawet uniknąć ataku, który rozorał mu plecy od łopatki po lędźwie. Syknął, odskakując przed siebie i ignorując krew, która zaczęła spływać mu wzdłuż kręgosłupa. Rana nie była głęboka ani zbyt dotkliwa, skoro nie miał żadnego problemu z poruszaniem się. Następne ataki nastąpiły tuż po sobie, a ich celem były nogi dzikiego. Ten warknął, broniąc sie jak tylko mógł. Był wściekły, że pozwolił zepchnąć się do defensywy i odwrócić role. Ale nie mógł się dziwić. Nawet szczur zapędzony w róg zaczyna dotkliwie gryźć. Dwa kolejne razy dał się, przez własną nieudolność, zranić w nogi, nie dotkliwie, ale jednak. Czuł, jak krew przylepia mu ubranie do ran. Wtedy też, uderzeniem nogi w ziemię wywołał słup ognia tuż przed chłopaczkiem.  Dziki uśmiechnął się, gdy potwór musiał zmienić tor ruchu, a jego ubranie rozżarzyło się delikatnie. Powoli sprawy zaczęły wracać  na właściwy tor. Przy kolejnym ataku chłopaka, dziki zauważył delikatne drżenie mięśni swojej ofiary. Idealnie, chłopakowi, w przeciwieństwie do łowcy, czyli dorosłego mężczyzny, nie starczy już dużo siły na walkę. Sarai co prawda też czuł już zmęczenie w mięśniach, jednak nie było to wyczerpanie, nawet jeśli został ranny.
Rutynowo posyłał płomienie w kierunku psa, jakim był chłopak, zmuszając go do ciągłego ruchu. Wiedział, że w ten sposób po prostu go zamęczy. I nie musiał czekać długo, ponieważ chłopak, czy tam potwór, wpadł prosto w płomienie. Żar i brak tlenu natychmiast pozbawił go przytomności. Sarai od razu skoczył  ku niemu i jednym gestem wygasił ogień.   Klęknął ze zmęczenia przy nieprzytomnym chłopaku. Zaczął się niekontrolowanie śmiać. Na smoki, dawno nie walczył tak, żeby zastanawiać się, czy czasem nie przegra.
Dziki obejrzał pokrótce chłopaka. Nie licząc rany ręki i na tyle delikatnych oparzeń, że nawet nie powstaną bąble, potwór nie był bardziej poturbowany.  Sarai westchnął, podnosząc potwora. Był stanowczo zbyt lekki. Lżejszy, niż się nawet wydawało.
Po drodze zabrał sznur, który porzucił, gdy chłopak mu się wyrwał. Zdecydował, że zwiąże mu nogi i zdrową rękę, na wszelki wypadek, gdyby ten się nagle ocknął. Łowca nie chciał ryzykować jednak większego uszkodzenia złamanej ręki.
Opatrunki, bandaże i wodę znalazł tam, gdzie je zostawił - przy wierzchowcu, w małym domku na skraju sadu. Syknął z bólu, kładąc nadal nieprzytomnego chłopaka na trawie , obok płotu. Rany na plecach zaczynały dzikiego ponownie boleć przy jakimkolwiek pochyleniu się, otwierając sie pewno.
Przyjrzał się ponownie złamaniu otwartemu chłopaka. Przeklął, gdy okazało się, że nadal krwawi. Ale przynajmniej chłopak sam nastawił odpowiednio kość. Tyle, ze mógł ostrą częścią kości przeciąć dodatkowo kolejne mięśnie. W takim przypadku dziki nie mógł odkazić tego alkoholem, a musiał wypalić i by zdezynfekować i by zahamować dalsze krwawienie. Z niechęcią wyciągnął sztylet i rozgrzał do czerwoności w płomieniach z własnej dłoni. Przynajmniej potwór jest nieprzytomny, więc nie poczuje bólu. Jak na razie, tyle musi wystarczyć jeśli chodzi o zapobieganie zakażeniu. Dziki usztywnił rękę i przyłożył opatrunkiem lekko nasączonym alkoholem i wodą. Gdy tylko odwiedzi karczmę wypyta o jakaś akuszerkę czy medyka, by kupić coś mocniejszego, niż lekka żytnia, żeby lepiej zdezynfekować  rany.  Po opatrzeniu potwora i przewiązaniu mu sznurów tak, by uniemożliwiły ruszanie obiema rękami, ale bez ryzyka uszkodzenia złamania, dziki zajął się swoimi zranieniami. Rany na udzie i łydce nie były na tyle głębokie by trzeba było poświęcać im więcej uwagi, niż zwykłe przemycie alkoholem.  Bandaży, stwierdził, że nie potrzebuje. Rany na plecach za to wymagały większego zaangażowania. Dziki zaczynał gratulować chłopaczkowi,  że temu udało się zranić go w najgorszym możliwym miejscu, żeby je zdezynfekować sobie samemu. Po dłuższych staraniach i wiązance przekleństw w ojczystym języku wyrzuconych z siebie na jednym wdechu stwierdził, że wali, nie robi. Przelał sobie jedynie plecy wodą i założył nową koszulę, którą miał w jukach.
Później siada, oparty  bokiem o  płot naprzeciwko potwora i czekał. Musiał walczyć z sennością o świcie, gdy nagle usłyszał drwiące pytanie. Pytasz, od kiedy Łowcy opatrują swe zarobki? Odkąd płacą im za żywych, a nie martwych. Albo kiedy rozważają czy zleceniodawca jest godny zaufania, czy szukają informacji. Ale nie musisz o tym wiedzieć, dodał z uśmiechem.
- Płacą wystarczająco dużo, bym chciał utrzymać cię w dobrym stanie - stwierdził, wzruszając ramionami. Natychmiast pożałował tego gestu, gdy ostry ból przeszył jego plecy. Zmarszczył brwi.  - To też, nieco zabrania mi cię zabić.
Wstał, z ociąganiem i sykiem, ale jednak i podszedł do wierzchowca. Miał wyciągnąć  z juk prowiant - trochę pieczywa, suszone mięso. Nic ciekawego. Ale jednak pewno dla niedożywionego chłopaka to i tak byłaby jedna z największych uczt od dawna. Jednak zawahał się. I słusznie. Chłopaczek pewno i tak spróbowałby uciec, gdyby tylko odwiązał mu chociaż jedną rękę. Albo odmówiłby jedzenia, co bardziej prawdopodobne.  Dokładnie jak zdziczałe, schwytane zwierze.
Sarai odwrócił się więc, z wyraźnym zmęczeniem malującym się twarzy.  Dobrze, że do miasta było nie daleko. Jeszcze lepiej, że w mieście Mór miał kryjówki. Gorzej, że Mór będzie chciał przesłuchać dzieciaka. A tego Sarai każdemu by współczuł.  Ale cóż, było to najbezpieczniejsze miejsce, z którego potwór na pewno nie zdołałby uciec. I miejsce, w którym otrzyma pomoc w kwestii złamania otwartego.
Bez słowa wyjaśnienia podszedł do chłopaka i podniósł go, zgrzytając zębami gdy rany na plecach zapiekły. Przerzucił go, w miarę delikatnie, przez grzbiet Tsintaha, tak, że ten wisiał na brzuchu i sam wskoczył za chłopaka.
- Jeśli cię interesuje, gdzie planuję cię zawieźć - to nie, jeszcze nie oni. Początkowo muszę jednak znaleźć parę odpowiedzi.
***
Podróż nie należała do najprzyjemniejszych, ale przynajmniej nie było. Korzystając z tego, że dopiero świtało, Saraiowi udało się zbyć wartowników, zbyt ciekawskich kogo przewozi. Narzucona na potwora derka sugerowała, że to jakiś zwykły trup, więc też strażnicy zniechęcili się szybko.
Znalezienie kryjówki skrytobójców za to było już nieco trudniejszym zadaniem, nawet jeśli pamiętało się, gdzie ona powinna być, czy jak do niej trafić. Sarai niestety i tak wierzchowca zostawić musiał w pobliskiej stajni. Tam też, z przezorności zasłonił potworowi oczy i  przerzucił go sobie przez ramie i przeklinając ból całych pleców, szukał kryjówki.  Przynajmniej nie musiał się martwić, że jeśli chłopaczek ucieknie, będzie wiedział gdzie się znajduje.
Drzwi kryjówki, jak zawsze otworzyły się opornie. I jak zawsze, początkowo nie spotkał nikogo. Idąc po skrzypiących, zakurzonych stopniach mogło by się wydawać, że w tej kamieniczce od dawna nikt nie postawić stopy. Jednak było to tylko złudne wrażenie. Skrytobójcy, jak cienie, otoczyli go.  Sarai prychnął. Jak zawsze, nie usłyszał ich. Był ciekawy, czy potwór mógł pochwalić się lepszym słuchem czy zmysłem.
- Mór nie jest obecny - powiedział jeden z nich, cicho, niepewnie patrząc na sylwetkę przewieszoną przez ramię Łowcy.
- To dobrze.  Słyszysz, potworze, ominie cię największa zabawa. - Odparł Sarai, niby zwracając się do swojej pochwytanej nagrody, jednak było to zwykłe zagranie. Wiedział, że spośród tych, którzy stoją dookoła niego, ktoś  musiał być wyznaczony dowódcą, gdy Mora nie było. Poinformował go po prostu, kogo Sarai przyniósł.
 W sumie ciekawe. Mór od dawna, z opowieści przynajmniej tak wynikało, nie brał zleceń dla siebie.  Czyli pewno i tym razem załatwiał coś szybkiego i powinien tego samego dnia wrócić.
Jedna z sylwetek wyszła z cienia korytarza. Mężczyzna, o orzechowych, falowanych włosach. I zimnych oczach. Niczym z lodu. Dziki spiął się, co pewno nie umknęło uwadze potwora. Po prostu, nie znał tego łowcy. A przynajmniej, nigdy do tej pory, gdy korzystał z pomocy Szczurów, nie spotkał się z tymi lodowatymi oczami.
Mężczyzna zaprowadził go do pokoju jednego z wielu na piętrze. Jednak był to jeden z bocznych pokoi, usytuowany niemalże przy drugiej klatce schodowej. Sarai nie był pewny, gdzie ona prowadziła. Ale po obejrzeniu pokoju przynajmniej przekonał się, że nie ma on okien. Czyli pewno był specjalnie przeznaczony i dla osób, które mogły by w tym pokoju nie chcieć przebywać.  Pomieszczenie nie było duże, znajdowało się w nim łóżko, stolik ze świeczką. 
- Jak czegoś potrzebujesz, musisz to sobie załatwić - Stwierdził szybko skrytobójca, po czym zostawił klucz na stoliku i wyszedł.
Sarai ściągnął w końcu ciężar ze swojego ramienia i położył chłopaka, wbrew protestom, na łóżku. Odsłonił mu oczy, przeklinając, że musi się pochylić i wywoła to jedynie kolejną falę bólu. Zdecydował się też, po tym jak zamknął i zabezpieczył drzwi, że może rozwiązać dzieciakowi ręce przynajmniej tyle, by nie miał ich na plecach i mógł ewentualnie chwycić coś w dłonie.  Najpierw jednak wyciągnął prowiant, który zabrał z juk i położył go na stole.
- Jeśli chcesz coś zjeść, proszę bardzo. Tylko musisz powiedzieć mi, dlaczego się ich tak boisz. - Powiedział, spokojnie wgryzając się w soczyste jabłko i opierając się biodrem o stół. Coś za coś.Chłopaczek pewno odmówi jedzenia, czy mówienia. Trudno, jego strata. Mór i tak wyciągnie z niego wszystko, co tylko będzie chciał.

<Potworze, może jakaś opowieść jednak będzie dobrą ceną?>

wtorek, 29 sierpnia 2017

Od Bezimiennego do Sarai'a


Świat dookoła zaczynał majaczyć nieostrymi kolorami. Rozmazany jak wtedy gdy leci się zbyt wysoko i zbyt szybko. Jednakże oczy mężczyzny pozostawały niezwykle wyraźne. Wręcz odcinały się gwałtownie od tego wszystkiego. Drążyły jego ciało i duszę na wskroś. Białowłosy nie czuł bólu ręki. Tylko ciepło krwi spadające powoli w dół wzdłuż ręki. Kap. Kap. Kap. Niby dostrzegał tego pomalowanego mężczyznę. Niby słyszał co mówi. Ale cała ta sytuacja wydawała mu się tak niedorzecznie irracjonalna. Odległa od tego życia które do tej pory wiódł. Przecież zawsze zdawał sobie sprawę z dyszącego wilka na jego karku. Więc dlaczego tak strasznie go to przerażało? Czyżby dlatego gdyż w cieniu mężczyzny dostrzegał te okulary za którymi zawsze były skryte oczy pełne chłodu. Jego uśmiech przywodzący na myśl króla tyrana. Dostrzegał zarys jego postaci i dobrze wiedział co trzyma w swych dłoniach. Błysk metalu. Przyspieszony rytm serca. Bał się. Odchylił brwi do tyłu w niemym przerażeniu. Lecz jego oczy wciąż pozostawały puste. Można by nawet odnieść wrażenie, iż robiły się coraz bardziej ciemniejsze. Wpatrywał się w oczy mężczyzny. On go tam zaprowadzi. Zawlecze. Broń się. Nie. Miał dotrzymać obietnicy. Będzie trzymał Potwora na wodzy. Jego wzrok staje się odległy. Nie odwraca go od oczu mężczyzny nawet gdy ten sprawia, iż na jego dłoniach zaczynają tańczyć płomienie. Zupełnie jakby ich nie dostrzegł. Wtedy słyszy jego słowa. Dudnią w uszach przez dłuższą chwilę. A więc jesteś ich Potworem. Szeptem cicho do siebie powtarza “nie”. Nigdy nie przestałeś nim być. Lecz czy teraz zabijał w ich imieniu? Czy słuchał Pana dzierżącego jego los w dłoni? Opuszcza delikatnie głowę w dół i łapie się za ranę na swej dłoni. Słychać jak kość wskakuje na powrót na swe prawowite miejsce. Jednakże na twarzy chłopaka nie widać nic oprócz delikatnego marszczenia brwi od czasu do czasu. Jeśli go zabije czy wciąż będzie Potworem? Czy będzie to tylko samoobrona? Czy w ogóle da radę go zabić? Kiedy ostatnio smakował czyjejś krwi? Zakrwawioną dłonią łapie się za pochyloną ku dołowi głowę, zostawiając na białych włosach karmazynowe plamy. Ma to jakieś znaczenie? Ma… miało dla jednej osoby. Dla tej krótkiej obietnicy. Pociągnął się delikatnie za swoje włosy by później opuścić dłoń na klatkę piersiową w miejsce serca. Przez chwilę czuł jak jego blizny palą go znowu żywym ogniem. Słyszał jego spokojny głos mówiący mu aby nie zachowywał się jak dziecko. Chcesz wrócić? Podniósł nagle głowę do góry patrząc na mężczyzny który zdążył do niego się zbliżyć. Swoje przerażone oczy wbił w jego tęczówki. Miał tylko chwilę na decyzję ale wciąż chciał dotrzymać obietnicy. Wciąż widział jej jasne i spokojne oczy. Spiął mięśnie i wykonał szybkie salto w tył. Nie patrząc na mężczyznę rzucił się biegiem na najbliższe drzewo. Słyszał jak tamten ruszył. Słyszał jego szybkie bicie serca. Wbiegł po konarze w górę przeskakując energicznie z gałęzi na gałąź. Jego oczy znowu się wygasiły. Nie miał czasu na pomyłkę i wiedział, iż ta nie nastąpi. Był pewny, iż mężczyzna nie zdoła wspiąć się za nim z równą szybkością a to stanowiło dla niego szansę ucieczki. Lecz wtedy pojawiło się coś o czym kompletnie zapomniał. Poczuł niesamowity żar zaraz obok swego policzka i dojrzał jak dosłowna kula ognia przelatuje zaraz obok jego twarzy w momencie gdy ten wykonywał skok. Zatrzymał się i spojrzał na mężczyznę który celował w jego stronę płonącymi dłońmi. Nie pierwszy raz miał do czynienia z magiem jak i nie pierwszy raz z takowym walczył. Wpatrywał się przez moment w jego oczy. Tym razem jego oczy były spokojne. Puste. Nieobecne. Zupełnie jakby chłopak zdawał sobie doskonale sprawę z tego, iż go nie może uszkodzić. Oczywiście ta zasada nie tyczyła się drzew którym nagły wybuch ognia raczej nie przypadł do gustu. Gałąź na której stał zarwała się przez co zmuszony był do szybkiego złapania się innej gałęzi. Obiema dłońmi z przyzwyczajenia. Dotarło do niego jaki błąd popełnił gdy krew kapiąca do tej pory w dół zaczęła kapać mu na głowę. Ach. Jego ręka była przecież uszkodzona. Widział jak kończyna wykrzywia się delikatnie w spazmie bólu. Lecz on w ogóle nie zareagował. Zupełnie jakby dłoń nie należała do niego lecz do kompletnie obcej osoby. Podciągnął się już zdrową dłonią na gałąź. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony maga puścił się sprintem do przodu. Biegnąc oglądał swoją rękę i ranę. Urwał kawał koszulki patrząc przed siebie i sprawnie zawiązał ciasno materiał zaraz nad raną aby powstrzymać krwawienie. Teraz wszystko jak go uczono. Szybki bieg po drzewie. Przeskoczenie na inny stały grunt a później ponownie na drzewo. Oszczędzał energię właśnie na tego typu sytuacje które nie będąc mu na rękę na pewno będą wymagać od niego ucieczki. Słyszał, iż za nim biegnie. Tym razem nie bawią się w kotka i myszkę. Jego czułe uszy wychwytywały jego równy oddech przyzwyczajony do pościgów. Raz za razem buchał ogień który najwyraźniej miał go przestraszyć. Lecz on odbijał tylko swój blask w jego pustych oczach. Zazwyczaj ludzie którzy nie mogli go dogonić mielili przekleństwo za przekleństwem. Z tym pomalowanym mężczyznom było inaczej. Biegł skupiony na tym aby dopaść zwierzynę. W jednej chwili wyskoczył w jego stronę. Wysoko w górze obrócił się głową w dół, patrząc na wilka który go ściga bez większego wyrazu na twarzy lecz z delikatnie zaczerwienionymi tęczówkami po rantach.

- Pamiętaj, iż to nie ofiara wybiera sobie przeciwnika tylko łowca. Pamiętaj również, iż te role niezwykle łatwo można odwrócić. Nigdy nie wolno Ci być pewnym swej wygranej czy też przegranej. Walcz zawsze do końca. Do jego lub Twego ostatniego tchnienia.

Zacisnął dłonie w pięści powodując, iż metalowe szpony zamontowane na nadgarstkach wysunęły się. Zapikował ostro w dół w momencie gdy wilk zadarł głowę do góry i go dostrzegł z swym uśmiechem pod tytułem “ale będzie zabawa”. Mężczyźnie udało się odskoczyć i nawet wystrzelić w stronę chłopaka kulę ognia. Ten uchylił się natychmiast przy jednoczesnym wystrzeleniu do przodu. W kierunku wilka. Lecz zamiast uderzyć przeciwnika gotowego na jego cios to zwinnie go przeskoczył i przejechał pazurami po całej długości jego pleców. A przynajmniej taki był zamiar białowłosego. Udało mu się go dosięgnąć ale nie tak boleśnie jakby tego oczekiwał. Uszkodził go ale to mogło jedynie spowodować delikatny grymas ze strony wilka. Rany może nie będzie nawet trzeba szyć. Chłopak jednak nie czekał na jego reakcję nawet pomimo tego, iż zauważył jak mężczyzna już otwiera usta aby coś powiedzieć. Z pozycji kucków ponownie rzucił się do przodu na wilka. Nie atakował jednak jego szyi czy ramion lub gorzej dłoni które płonęły. Zaatakował odsłonięte miejsca. W tym przypadku teraz nogi. Wyskoczył do przodu i ponownie mężczyzna zasłonił się przed atakiem. Lecz tym razem chłopiec szybko wylądował po to aby przeturlać się obok jego nóg i je również drapnąć. Nie mocno, zupełnie jak na plecach. Można by przypuścić, iż stanie na chwilę aby napawać się tym co robił lecz nauki które wpajano mu metoda kija i marchewki nie łatwo dawało się zapomnieć. Atakuj do momentu aż cel przestanie się ruszać. A nawet wtedy bądź w każdej chwili gotowy do kontrataku. Dwa razy już wystrzelił w powietrze więc wiedział, iż wilk mógł dostrzec tą zależność. Tym razem od razu przekulał się po ziemi w jego stronę i ponownie tylko nieznacznie zarył pazurami w miękką skórę. Krew z każdej ran sączyła się spokojnie. Teraz musiał uderzyć wyżej. Już planował kolejny cios lecz w tym momencie zaraz przed nim buchnął słup ognia. Zatrzymał się gwałtownie i zmienił tor biegu. Pomimo ciągłego ruchu nie wyglądał na w ogóle zmęczonego. Jego wzrok za to wyglądał jak te wszystkie dzikich zwierząt. Nie. Nie normalnych zwierząt a głodnego drapieżnika. Ponownie zrobił unik przed gorącą falą ognia. Było widać, iż pomimo jego zdolnych uników jego ubranie gdzieniegdzie zostało odrobinę przypalone. Ponowne wybicie w stronę wilka i ponowny cios. I odpowiedź od strony mężczyzny która kończy się o mało nie spaloną głową.
Trwają w walce niczym dwaj zażarci wrogowie. Oboje byli zmęczeni. Jednakże tylko jeden z nich jadł porządny posiłek w ciągu ostatniego tygodnia. Nogi chłopaka delikatnie drżały zupełnie jak po niesamowicie długim biegu. Walczą przecież ze sobą już od trzech godzin to mają być prawo obaj zmęczeni. Do chłopaka powoli dochodziło, iż sobie nie poradzi. Polegnie? Wrócisz do nich? Pomimo drżących nóg stał wyprostowany i gotowy do dalszej walki. Nie. Czekał na cios ze strony Wilka. I oto nadszedł. Uchylił się gdyż od pewnego czasu mężczyzna atakował tak samo. I wtedy wpadł w pułapkę rutyny. Bo oto Łowca zrobił coś kompletnie innego. Tym razem on biegł za gorącym płomieniem. Ostatnie co chłopak pamięta to jego uśmiech i wzrok mówiący “mam Cię”. Później nastała ciemność.
Gdy otworzył oczy stwierdził, iż musiał oberwać w głowę. Zadarł ją szybko do góry i spojrzał w niebo. Był może nieprzytomny z dwie godziny. Dostatecznie dużo aby powoli zaczynało się przejaśniać. Nie próbuje się nawet poruszyć gdyż zbyt dobrze czuje liny którymi został spętany. Patrzy tępo przed siebie w ziemię. Został pokonany. Znowu będziesz zabijał. Czuje jak ręka go boli w miejscu gdzie niedawno miał złamanie otwarte. Spogląda tam i dostrzega opatrunek. Delikatnie przekrzywia głowę i zdając sobie sprawę z tego, iż Wilk go obserwuje odzywa się swoim zachrypniętym głosem.
- Od kiedy Łowcy opatrują swe zarobki? - nie patrzy nawet w jego stronę. Zamiast tego odwraca się ponownie do przodu i powraca do tępego patrzenia przed siebie. Musi wymyślić plan jak uciec. Jeszcze ma szanse prawda? Jeszcze może… może… Zabić go. Pochyla głowę niżej. Jest pokonany. Upodlony. Nie po to tyle zostało poświęcone aby teraz miał tak marnie skończyć, nieprawdaż? Cicho się odezwał wciąż nie patrząc na mężczyznę.
- Ile… nie. Nie ważne. I tak Ci nie zapłacą. - chciałby krzyczeć. Chciałby biec przed siebie aż do złamania nóg. Po to tylko aby znowu dojrzeć te jej jasne tęczówki. Dodał bardziej do siebie niż do Wilka.
- Po prostu mnie zabij.


[Panie Łowco?]

(Ożywamy!~)

poniedziałek, 31 lipca 2017

Od Sarai'a do Bezimiennego


Pościg zaczął się źle, a skończył się jeszcze gorzej.
Escaton siedział w wozie, związany, na pewno nie mógł się ruszyć. Na jego śniadej twarzy malowały się plamy kurzu, czarne włosy zlepione miał krwią z rozbitej brwi. Sarai, jadąc na swym wierzchowcu tuż za wozem, pilnował rabusia. Już liczył pieniądze, które otrzyma w bonusie za złapanie rabusia żywcem. Gdy dojeżdżali do rzeki rozległ się tętent kopyt. To reszta bandy Escatona szarżowała na wóz. Sarai nie zdążył zawrócić konia, gdy ktoś szarpnięciem zrzucił go z grzbietu. Spadł prosto pod kopyta wierzchowców otaczających wóz. Z którego, w tym samym momencie wyskoczyła krótkowłosa blondynka. Za nią wyskoczył Escaton. Blondynka zauważyła dzikiego i zmarszczyła się, jej oczy błyszczały złotem.  Najgorsze rzeczy przychodzą w najpiękniejszym opakowaniu. A Pożoga była tego idealnym przykładem. W jednym momencie stała przy wozie, w drugim już zaatakowała Saraia. Tylko, żeby odwrócić jego uwagę i go sprowokować. Ten od razu rozpalił ogień na swoich dłoniach. Escaton w tym czasie wskoczył na konia i przejeżdżając, chwycił Pożogę. Ta, śmiejąc się perliście, popaliła wóz. Sarai przeklął.

czwartek, 13 lipca 2017

Od Bezimiennego do Sarai'a

Podobny obraz

Szamocze się jednocześnie głośno dysząc. Trudno zdecydować który z nich ma większe szanse na powodzenie. Chłopak nie jadł od dwóch dni co oznaczało, iż energii ma jeszcze trochę w zapasie i raczej nie musi się tym przejmować. Jednakże mężczyzna najwyraźniej posiadał już jakieś doświadczenie w chwytaniu ludzi. Nagły szybko ruch i już był skierowany głową do dołu przez założoną dźwignię na rękę. Jeden ruch w złą stronę i ją złamie. Rzucił spojrzenie w kierunku pomalowanego mężczyzny który delikatnie się uśmiechał. Nie. To wyglądało bardziej jakby pokazywał kły. Jak wilki które walczą między sobą.


Tydzień wcześniej…
Wspinaczka na drzewo nie zabrała mu dużo czasu gdyż nabrał w tym niezłej wprawy. Siedział więc teraz w koronie zrywając jabłka którymi się zajadał. Trzy schował do tobołka na tak zwane “później”. Zjadał je całe razem z ogryzkiem i pestkami, zupełnie jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Było jeszcze widno ale uznał, iż jeszcze może sobie pozwolić na trochę frywolności. W końcu raczej nikt tak wcześnie nie wstaje. Poczuł ukłucie w lewym barku. To samo co wczoraj i przedwczoraj. Wgryzł się w jabłko i przeżuwając biegał wzrokiem dookoła. Pobliskie krzaki? Zbyt oczywiste. Może więc to domostwo które mijał? Zbyt daleko. Nie wiedział dlaczego posiadał to głupie uczucie, iż jest obserwowany skoro nie potrafił nikogo znaleźć za to odpowiedzialnego. Nienawidził niekomfortowych sytuacji. Wgryzł się w jabłko i zastygł w bezruchu. To nie mogli być Oni, prawda? Podniósł się delikatnie sprawiając, iż jabłko wypadło mu z dłoni. Nie. Ale na wszelki wypadek zeskoczył z drzewa i ruszył sprintem głębiej w las. Ku schronowi gdzie bezszelestnie się porusza.




Aktualnie…
Chłopak nie pozostaje dłużny i warczy gardłowo. Jednakże mężczyzna najwyraźniej na to liczył gdyż nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Odsapnął cicho. - Dlaczego niby Oni Cię chcą? - słysząc to krótkie zdanie nagle zamarł. Oni? Czy Oni dali mu zlecenie na złapanie go? Jego serce na krótki moment przestało bić a przez jego głowę przetoczyły się krwawe obrazy tego jak skończy gdy tylko dostanie się w ich ręce. Dostanie karę. Jaką jedną. Będa go karali dzień w dzień. Tym razem zabiją go. Tym razem pozostawi po sobie jedynie pustą skorupę skąpaną we krwi. Próbował się szarpnąć lecz ból w ręce na którą mężczyzna założył dźwignię skutecznie go przed tym powstrzymywała. Usłyszał jak wzdycha z dezaprobatą. - Uspokój się. Stoczyłeś dobrą walkę ale ją przegrałeś.




Cztery dni wcześniej…
Biegnie. W lewo. W prawo. Zaciera za sobą ślady. Dobrze mu się wydawało, iż ktoś go śledzi. Ktoś zostawia za sobą ślady które on potrafi odczytać. Dlaczego mu się przygląda? Sprawdza go? A może czeka na nadarzającą się okazję? Kiedy chłopak będzie najsłabszy? Wbiegł sprawnie na drzewo i znieruchomiał na gałęzi, wpatrując się w smolistą noc. On tu był. Jego oczy delikatnie zalśniły szkarłatem. Może to znów jego dziwne przeczucie? Może to tylko paranoja przez Nich? Przecież nie zniżyliby się do jakiegoś łowcy głów, nieprawdaż? To oznaczało, iż później gdyby przyprowadził chłopaka do nich musieli by go zabić. I zapewne rozkazali by to zrobić chłopakowi którego chwilę wcześniej pojmał. W lesie powoli się rozjaśniało. Ach, słońce wstaje. Pozwolił sobie na to aby zadrzeć głowę do góry. I nagłe uderzenie szumu zwierząt naokoło które obudziły się do życia. Tak oto nadchodzi życie. Zamknął powoli oczy oddając się snowi. Swoim koszmarom. Bo tam gdzie budzi się życie, śmierć zagłębia się we śnie.




Aktualnie…
Jego słowa echem odbijały się w jego głowie. Przegrałeś. Poczuł jak jego blizny palą wręcz żywym ogniem. Nie. Widział te błyski stali. Czuł ten zapach medykamentów którymi go faszerowali. Jego wzrok stał się tępy. Wpatrzony w ziemię. Mężczyzna uznał to za pogodzenie się z porażką. Cichy śmiech i trzask łamanych kości. Nie. Oni znowu Cię zakują. Walcz. Gryź. Rób to do czego się stworzyli. A obietnica? Pieprzyć obietnicę. Teraz masz szansę wykorzystać to co tak skrzętnie hodowali. Wypuść potwora. Uwolnij bestię. Tak. Tak. Cicho pod nosem wyszeptał. - Nie… - mężczyzna podniósł jedną brew do góry jednak nie przejął się tym zbytnio. Wtedy chłopak gwałtownie podniósł na niego oczy i już głośniej powiedział. - Nie. - jego oczy jakby trochę się zmieniły. Jakby były bardziej rozbiegane. Bardziej dzikie. Pewne siebie. Nieobliczalne. A przede wszystkim. Groźne. Tak wyglądały oczy osoby która jest jedną z najniebezpieczniejszych. Tej która nie ma nic do stracenia.




Dwa dni wcześniej…
Widział go dzisiaj. Zastawił na niego pułapkę co uznał wręcz za obrazę swojej osoby. Chociaż ile ten mężczyzna mógł o nim wiedzieć? Na pewno naopowiadali mu, iż jest zwierzęciem. Albo jakimś nieokiełznanym… Potworem? Potrząsnął delikatnie głową i przyjrzał się pułapce. Pośrodku znajdował się kawałek chleba. Mężczyzna dobrze wiedział, iż chłopak nie jada zbyt często. Mądre posunięcie. Ale to również pokazywało, iż nie wie zbyt dużo o samym chłopaku. Zręcznie przeskoczył nad sidłami i w locie zgarnął kawałek chleba, sprawiając iż pułapka nawet nie drgnęła. Schował chleb do tobołka pozostawiając go na inną okazję. Wstał i wyprostował się wręcz wyzywająco. Czuł jednocześnie strach jak i adrenalinę. Działo się coś na czym się znał lecz jednocześnie ta nadchodząca walka mogła być jego ostatnią. Bo to przecież oczywiste, iż do tego to zmierza, nieprawdaż? Teraz zachowują się jak para wilków która krąży w kole, łypiąc na siebie groźnie. Jeden wie o drugim lecz czekają. Sprawdzają który z nich pierwszy się potknie. Chłopak rusza lekkim truchtem przed siebie.




Aktualnie…
Otwiera szerzej oczy gdy próbuje się obrócić lecz tak jak i wcześniej silny uścisk mężczyzny uniemożliwia mu to. Pomalowany mężczyzna odzywa się spokojnym głosem. - Już Ci mówiłem. Przegrałeś. - zaczął coś grzebać przy swym pasie, najwyraźniej szukając sznura którym go spęta. Jak bydlę. Jak Potwora którym jesteś. Krzyknął tym razem z pomrukiem. - Nie! - ponowił próbę obrócenia się na którą mężczyzna nie zareagował. Odwrócił się dopiero gdy usłyszał narastający trzask. Dosyć charakterystyczny. Gdyż kość pęka i przebija się przez skórę w dosyć charakterystyczny sposób. Spojrzał wprost w te delikatnie karmazynowe tęczówki. Szeroko otwarte oczy na których nie widniała żadna z emocji. Jego oczy były dzikie. Rozbiegane. Ponownie krzyknął lecz tym razem już trudno było nazwać to krzykiem człowieka. Bardziej podpada to pod ryk. I to mocno zdenerwowanego zwierzęcia. Chłopak gdy złamał swoją rękę którą trzymał mężczyzna skorzystał z chwili jego zaskoczenia po czym wybił się do góry wraz z uniesionym kolanem. Uderzył nim w brzuch, dosyć dotkliwie. Krzyknął. - Nie wrócę do nich! Nie! Nie wrócę tam! - gdy mężczyzna puścił go pod wpływem uderzenia odskoczył na pewną odległość. Stał w rozkroku, przygarbiony, dysząc ciężko niczym po maratonie. Mężczyzna również dyszał. Oboje trwali na przeciw siebie gdy chłopak ponownie krzyknął niemalże rykiem. - NIE BĘDĘ WIĘCEJ ICH POTWOREM! - odchylił się do tyłu pozwalając słońcu ogrzać tylko jego przód. Wyglądało to zupełnie tak jakby oblekał się w ciemność. Gdy na nowo spojrzał na mężczyznę najwyraźniej już trochę się uspokoił. Ważył w głowie wiele opcji. Dodał pół rykiem pół mową. - Nie będę więcej zabijał w ich imieniu. Nie mają nade mną kontroli. Przekaż im to. - chłopak zdawał się nie zwracać uwagi na swoją złamaną rękę i cieknącą po niej krew. W tym półmroku wyglądało to tak jakby wyciekała z niego ciemność. Oczekiwał na odpowiedź mężczyzny wciąż trwając w pozycji do ataku.


[Pomalowany mężczyzno?]

(Zrodziło się oto i to. Podoba mi się. Prosze bardzo - baw się dobrze~)