Nie ma nic bardziej ożywczego o poranku, niż morderczy bieg przełajowy, przez stary cmentarz, który nawiasem mówiąc jest żyjącą istotą i właśnie kładzie się do snu.
-Nienawidzę Cię! -Wrzasnęła ruda.
-Nie, gadaj tylko biegnij! -popędził go towarzysz, będący o kilka susów od niego. Trzeba powiedzieć, że z dwóch powodów; pierwszym była chęć ocalenia życia, a drugą znacznie bardziej przerażającą niż utrata życia w tak haniebnym położeniu to jego towarzysz wymachujący podręcznym szpadlem w jego stronę.
Okropny rumor i łoskot osuwającej się nadzianej nagrobkami ziemi, które zaciskały się coraz mocniej za nimi, odwlekły chęć odwetu Kiler, na towarzyszu i zagłuszyła wszystkie spory.
Oboje wyskoczyli z tej ziemnej pułapki.
-Nienawidzę Cię! -wrzasnęła w powietrzu. Ich pół lotne wierzchowce, przywołane srebrnym gwizdkiem na szyi towarzysza rudowłosej, skoczyły na tyle wysoko, by oboje mogli trawić mało atrakcyjnie na ich grzbietach.
Chwilę po wylądowaniu ruda, zeszła z bólem ze swojej lamii, ale po odzyskaniu tchu; rzuciła się z gołymi rękami na towarzysza.
-Zabije Cię, Ty wredny, plugawy ...
-Przecież żyjemy. -podniósł ręce do góry, z szerokim uśmiechem.
- Omal, nie zginęliśmy w pępku żywego cmentarza!
-Oj, tam... może, faktycznie... -towarzysz kobiety, założył dłoń za głowę. -Mieliśmy, przejściowe kłopoty, ale za to mamy to po co nas wysłano i musimy to oddać, jeżeli chcemy napełnić brzuchy.
-Muszę przyznać Ci racje... ale tylko w jednej kwestii... -pokiwała głową Kiler, przy tej okazji trzepnęła kolegę w potylice płazem szpadla.
-Za co to?! -zapytał, łapiąc się za głowę z grymasem bólu i dąsu na twarzy.
-Za "przejściowe kłopoty" a teraz choć, za nim się ten zbieracz zwłok obudzi... -burknęła i strzepnęła ziemię, ze swoich ubrań.
Poszedł w jej ślady, aby następny ruch wykonać wspólnie. Pojechali do miasta.
-Emm.. a, czego właściwie szukaliśmy? -zapytała ruda.
<Sorki, że takie krótkie ale chciałam dać coś na rozgrzewkę ;3
Ktoś, coś dopisze?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do dokończenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do dokończenia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 maja 2018
czwartek, 21 września 2017
Od Sopilki
W barze, jak to w takich miejscach bywa, szczególnie o tej porze dnia, czy też raczej nocy, po ścianach fruwały półmiski i gliniane kubki, przeplatając się z pieśniami śpiewanymi w żadnym konkretnym języku oraz wyraźnie wykrzykiwanymi - przynajmniej na tle owych pieśni - przekleństwami. Wśród tych wszystkich głosów, męskich i żeńskich, pewien piskliwy głosik, jakby należący do dziecka, opowiadał z przejęciem "porywającą" historię o czymś, czego przez wszechobecne zamieszanie nie byłoby pewnie nawet słychać, gdyby nie właśnie owy, wwiercający się w uszy, wysoki głos. Rozległ się ogłuszający śmiech mężczyzn zgromadzonych dookoła stołu, na którym znajdował się anegdociarz. Raz po raz dało się słyszeć stuk kuflów odkładanych z werwą na drewnianą powierzchnię, a wśród tego wszystkiego kiepskie pieśni początkujących bardów, ośmielonych późną porą i alkoholem, mieszały się z "Barman! Kolejka!". Niska osóbka stojąca na blacie wśród świętujących istot, powiodła uważnym wzrokiem po swoich podchmielonych słuchaczach i kontynuowała opowieść, teatralnie zawieszając, to znów podnosząc głos. Patrząc na niego, jak i na reakcję zgromadzonych, można było dostrzec, że potrafił porwać tłuszczę swoją mową. Odczekawszy chwilę, by słuchacze się uspokoili, Sopilka opuścił skrzydła wzdłuż ciała. Wszyscy wpatrywali się w harpię z uwagą widoczną w przekrwionych oczach. Zbliżał się już do końca opowieści, więc robił co mógł, by zbudować napięcie. Rzucił znów okiem na publikę. Ignorując jedno ciche "No mówże wreszcie!", uniósł swój gliniany kubek i jednym haustem opróżnił go ze znajdującego się doń wina. Wrzasnął coś, jednak głośny krzyk harpii spotkał się z dziesięciokrotnie mocniejszym odzewem słuchających go mężczyzn i został po prostu przez nich zagłuszony. W akompaniamencie aplauzu rzucił więc swój kubek tak, że roztrzaskał mu się pod nogami, co wywołało kolejną salwę śmiechu i oklasków. Następnie Sopilka zeskoczył z drewnianego stołu i oddalił się chyłkiem, z szerokim uśmiechem na dziecięcej twarzy. Za jego plecami rozlegały się już dźwięki tłuczonych przez jego słuchaczy kuflów oraz przekleństwa, gdy komuś udało się trafić kolegę dzbanem w stopę. Sopilka przygładził niebieskie piórka i wyszczerzył cały garnitur białych zębów w kierunku zerkającego na niego ponuro barmana. Mężczyzna tej radości jednak nie podzielał. Szarą szmatką przetarł równie szarą szklankę, po czym obie te rzeczy rzucił ze złością na kontuar. Pilka drgnął i skrzywił się, zastanawiając się, czym ta biedna szklanka zawiniła.
- Jak myślisz, "piórku", kto za to zapłaci? - Mężczyzna wykrzywił pogardliwie usta, skinieniem głowy wskazując na grupę rozbawionych, pijanych istot, wokół stołu których walały się szczątki glinianych naczyń. Przezornie się nie obracając, Sopilka przybrał na twarz najbardziej niewinny z jego uśmiechów, taki, co to przekazywał rozmówcy: "O-czym-ty-mówisz-ojej-patrz-jak-późno-muszę-już-iść", a jego właściciel znikał szybciej niż mieszki bogatych kupców w dzielnicach wionących biedą i pełnych rzezimieszków. Choć Pilka sam zapoczątkował tłuczenie kuflów, bynajmniej nie zamierzał ponosić za to odpowiedzialności. On był tu tylko po to, by rozbawić towarzystwo, zarobić trochę - oczywiście legalnie i uczciwie, bo jakże by inaczej? - oraz pourządzać parę rozrób, po czym uciec. To znaczy, przepraszam, z godnością się oddalić. Ni mniej, ni więcej. Tak więc Sopilka już miał brać nogi za pas, barman już-już wyciągał po niego rękę z gniewną miną, kiedy... Ktoś pochwycił Pilkę za wstęgę, którą był opasany i pociągnął go mocno do tyłu. Harpia ledwie zdążył pisnął, a już był holowany tyłem przez zatłoczone pomieszczenie. I odprowadzany przy tym zdziwionym spojrzeniem barmana. Mijał już drzwi wyjściowe, kiedy na twarz wystąpił mu szeroki uśmiech - zasalutował barmanowi, dostał w głowę drzwiami wracającymi na swoje miejsce, po czym jego oprawca - bądź wybawiciel - wytargał go na zewnątrz. O ile zaskoczony Sopilka początkowo pozwolił bezproblemowo wyprowadzić się z baru, tak będąc już poza nim stwierdził, iż nie byłoby zbyt rozsądne dać się zaciągnąć bogowie wiedzą gdzie, i to jeszcze w takim stanie. To jest, rozczochrany, podchmielony i obwieszony cudzymi sakiewkami. Nie był pijany, ale alkohol lekko zamroczył mu umysł - teraz dopiero zimny, nocny wiatr nieco go ocucił. Zaparł się więc racicami o ziemię, przez co zaskoczona istota, wciąż holująca go za pasek od spodni w tylko sobie wiadomym kierunku, musiała go puścić. Wówczas Pilka stanął prosto, poprawił sobie rozczochrane na wszystkie strony świata niebieskie loki i odwrócił się, chcąc stanąć z nieznajomym twarzą w twarz. Czy też raczej - twarzą w klatkę piersiową, gdyż mający 1,5 m w kapeluszu Sopilka wyżej nikomu nie sięgał. Niestety dla niebieskiej harpii, twarz istoty skrywana była w czeluści obszernego kaptura, nie był więc nawet w stanie ocenić jej wieku czy płci. Tylko oczy postaci błyszczały z jego wnętrza. Jakoś tak z całej tej postawy, ubioru i wzroku osobnika emanowała jakaś dziwna... moc, można by rzec. A przynajmniej Sopilce tak się zdawało, choć po części zwalał winę na alkohol. Stał więc, Sopilka, przed nim, zadzierając głowę wysoko do góry i zastanawiając się, kim on, u licha, jest. Możliwe, iż patrzył się na obcego z otwartymi ustami. Bardzo możliwe. Dla na wpół pijanej harpii nie wydawało się wcale dziwne, że stoi niecałą stopę przed obcą mu istotą i - kiwając się i czkając raz po raz - stara się zajrzeć jej pod kaptur. Właściwie to gdzieś na granicy umysłu zdolność logicznego myślenia podpowiadała mu, że najrozsądniejszą opcją byłaby ucieczka w popłochu i zdecydowanie odwrotnym kierunku. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i Pilka uśmiechnął się krzywo do nieznajomego, czknął, przeprosił, po czym zatoczył się i rzekł:
- Wielmożny... Eee... PAN... to tak właściwie kto...?
<Ktoś, coś?>
- Jak myślisz, "piórku", kto za to zapłaci? - Mężczyzna wykrzywił pogardliwie usta, skinieniem głowy wskazując na grupę rozbawionych, pijanych istot, wokół stołu których walały się szczątki glinianych naczyń. Przezornie się nie obracając, Sopilka przybrał na twarz najbardziej niewinny z jego uśmiechów, taki, co to przekazywał rozmówcy: "O-czym-ty-mówisz-ojej-patrz-jak-późno-muszę-już-iść", a jego właściciel znikał szybciej niż mieszki bogatych kupców w dzielnicach wionących biedą i pełnych rzezimieszków. Choć Pilka sam zapoczątkował tłuczenie kuflów, bynajmniej nie zamierzał ponosić za to odpowiedzialności. On był tu tylko po to, by rozbawić towarzystwo, zarobić trochę - oczywiście legalnie i uczciwie, bo jakże by inaczej? - oraz pourządzać parę rozrób, po czym uciec. To znaczy, przepraszam, z godnością się oddalić. Ni mniej, ni więcej. Tak więc Sopilka już miał brać nogi za pas, barman już-już wyciągał po niego rękę z gniewną miną, kiedy... Ktoś pochwycił Pilkę za wstęgę, którą był opasany i pociągnął go mocno do tyłu. Harpia ledwie zdążył pisnął, a już był holowany tyłem przez zatłoczone pomieszczenie. I odprowadzany przy tym zdziwionym spojrzeniem barmana. Mijał już drzwi wyjściowe, kiedy na twarz wystąpił mu szeroki uśmiech - zasalutował barmanowi, dostał w głowę drzwiami wracającymi na swoje miejsce, po czym jego oprawca - bądź wybawiciel - wytargał go na zewnątrz. O ile zaskoczony Sopilka początkowo pozwolił bezproblemowo wyprowadzić się z baru, tak będąc już poza nim stwierdził, iż nie byłoby zbyt rozsądne dać się zaciągnąć bogowie wiedzą gdzie, i to jeszcze w takim stanie. To jest, rozczochrany, podchmielony i obwieszony cudzymi sakiewkami. Nie był pijany, ale alkohol lekko zamroczył mu umysł - teraz dopiero zimny, nocny wiatr nieco go ocucił. Zaparł się więc racicami o ziemię, przez co zaskoczona istota, wciąż holująca go za pasek od spodni w tylko sobie wiadomym kierunku, musiała go puścić. Wówczas Pilka stanął prosto, poprawił sobie rozczochrane na wszystkie strony świata niebieskie loki i odwrócił się, chcąc stanąć z nieznajomym twarzą w twarz. Czy też raczej - twarzą w klatkę piersiową, gdyż mający 1,5 m w kapeluszu Sopilka wyżej nikomu nie sięgał. Niestety dla niebieskiej harpii, twarz istoty skrywana była w czeluści obszernego kaptura, nie był więc nawet w stanie ocenić jej wieku czy płci. Tylko oczy postaci błyszczały z jego wnętrza. Jakoś tak z całej tej postawy, ubioru i wzroku osobnika emanowała jakaś dziwna... moc, można by rzec. A przynajmniej Sopilce tak się zdawało, choć po części zwalał winę na alkohol. Stał więc, Sopilka, przed nim, zadzierając głowę wysoko do góry i zastanawiając się, kim on, u licha, jest. Możliwe, iż patrzył się na obcego z otwartymi ustami. Bardzo możliwe. Dla na wpół pijanej harpii nie wydawało się wcale dziwne, że stoi niecałą stopę przed obcą mu istotą i - kiwając się i czkając raz po raz - stara się zajrzeć jej pod kaptur. Właściwie to gdzieś na granicy umysłu zdolność logicznego myślenia podpowiadała mu, że najrozsądniejszą opcją byłaby ucieczka w popłochu i zdecydowanie odwrotnym kierunku. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i Pilka uśmiechnął się krzywo do nieznajomego, czknął, przeprosił, po czym zatoczył się i rzekł:
- Wielmożny... Eee... PAN... to tak właściwie kto...?
<Ktoś, coś?>
czwartek, 17 sierpnia 2017
Od Kiler
Przeciągnęłam się ociężale, jak leniwy kocur wylegujący się na dachu w słoneczny dzień, choć mój dzień ani trochę takowego nie przypominał. Właściwie to nawet moje aktualne życie od jakiegoś czasu nie przypominało w żadnym stopniu tego, które wiodłam za oceanem… na ukochanej ziemi starego kontynentu…
Podczas wyciągania się, wszystkie przepracowane kostki, strzeliły donośnie. Odetchnęłam.
Spojrzałam, dość tęsknym spojrzeniem na załadowany żaglowiec, jaki pomagaliśmy załadować od dwóch dni, a którego śnieżne płótno żagli było napinane przez sprzyjający żeglarzom wiatr. – Takie obrazki zawsze wywoływały na mojej twarzy cienkie uśmiechy zadowolenia i krzepiły dziwnie serce. Tak jakby żagle rozpostarte na rejach, oraz chłodna bryza przypominały o porzuconych z dawna marzeniach oraz sklejały pobrużdżone serce… Westchnęłam ciężko.
Poczułam mocne klepnięcie w plecy, odwróciłam się z zaskoczeniem, by zaraz uśmiechnąć się pewniej.
Moim „napastnikiem” był Bard – jedyny chłopak, który znał prawdę o moim ciele, skrytym pod za dużymi, męskimi ciuchami i klatce związanej ciasno bandażami. Ten wesoły i zdecydowanie zbyt pewny siebie chłopak, zawsze poprawiał mi humor choć był dla mnie niczym brat.
-Hej! Chciałeś wypłynąć ? Jeżeli Tak, to właśnie uciekła Ci kolejna szansa. –Powiedział wskazując na odpływający żaglowiec. Pracowaliśmy w porcie już nie wiem jak długo, ramie w ramie, a ten idiota zawsze mówił to samo kiedy widział moją minę, i tęskne spojrzenie za żaglami.
Westchnęłam ciężko i odwracając się strzepnęłam jego dłoń z ramienia.
-Nie żartuj. –Prychnęłam. –Nie z Tak drobnym ciałem. Raz dwa by się połapali, a potem robiłabym za umilacz w koi.
Bard objął mnie ciepłym przyjacielskim ramieniem, śmiejąc się w najlepsze.
-Daj spokój, w Tym przebraniu jesteś nie do rozpoznania. –Powiedział lekkim, zalotnym mrukiem. –Choć przyznaje – Złapał mnie dwoma palcami za jasny policzek i lekko naciągną moją skórę. –Że z Taką buzią, mogłabyś wpaść w oko nie jednemu miłośnikowi młodych chłopców. –Szepnął tak by nikt nie słyszał zaśmiał się zaraz i klepnął mnie w tyłek.
-Do później Bard. –Powiedziałam jedynie, posyłając mu naganne spojrzenia z oczu skrytymi za ciemnymi szkłami, umiejscowionymi tuż nad zaczerwienionymi policzkami. Podrapał się w głowę, i z uśmiechem skierował się z kilkoma dolcami w kieszeni do portowego zamtuza.
*
Kiedy w swym męskim przebraniu przechodziłam w górę brukowanej ulicy „London streed”
. No końcu, której mieściła się wynajmowana przeze mnie klitka. Jakiś facet – ojciec rodziny biegł w popłochu kryjąc się w bocznej uliczce, a kobiety podniosły szept o tym, iż znów wojskowe psy robiły „Brankę” – Westchnęłam, poprawiając pożółkłą od potu koszulę.
Byłam zbyt drobnej postury, by wzięli mnie do wojska na jeden z Tych okrętów królewskiej floty, który był dumą korony.
Najchętniej jednak, ten przymusowy przydział do wojska przeczekałabym w domu, rozcinając uwierające mnie w piersi bandaże. Wówczas, na pewno by mnie nie wzięli. – Prychnęłam, patrząc jednak z pogardą na mężczyzn bojących się królewskich psów. W Moim kraju… Nie przeszłoby to, jesteśmy zbyt dumnym narodem. – Ścisnęłam lekko swoje ramię, dłonią obleczoną skórzaną rękawiczką bez palców.
Niestety, moje wynajmowane mieszkanko, znajdowało się na początku ulicy, skąd zaczynała się łapanka.
Postanowiłam więc dla świętego spokoju, wpaść do pobliskiego lokalu i to przeczekać.
Zazwyczaj było tu gwarno, teraz poza barmanem siedział werbunkowy, i chyba oficer królewskich psów, pijący coś przy barze. Poprawiłam swojego „samurajskiego koka” z ognistych włosów, i usiadłam na drugim końcu lady zamawiając kielicha.
Zauważyłam, że poza tymi dwoma wojakami, kilku panów brzęczało skutymi w łańcuchy rękoma, podchodząc kolejno z przerażeniem do werbunkowego, który dokładnie sprawdzał ich dokumenty i zapisywał dane w grubym zeszycie.
Prychnęłam pod nosem, co było dla innych bardziej jak lekkie kichnięcie…
<ktoś wypłynie ? XD>
Podczas wyciągania się, wszystkie przepracowane kostki, strzeliły donośnie. Odetchnęłam.
Spojrzałam, dość tęsknym spojrzeniem na załadowany żaglowiec, jaki pomagaliśmy załadować od dwóch dni, a którego śnieżne płótno żagli było napinane przez sprzyjający żeglarzom wiatr. – Takie obrazki zawsze wywoływały na mojej twarzy cienkie uśmiechy zadowolenia i krzepiły dziwnie serce. Tak jakby żagle rozpostarte na rejach, oraz chłodna bryza przypominały o porzuconych z dawna marzeniach oraz sklejały pobrużdżone serce… Westchnęłam ciężko.
Poczułam mocne klepnięcie w plecy, odwróciłam się z zaskoczeniem, by zaraz uśmiechnąć się pewniej.
Moim „napastnikiem” był Bard – jedyny chłopak, który znał prawdę o moim ciele, skrytym pod za dużymi, męskimi ciuchami i klatce związanej ciasno bandażami. Ten wesoły i zdecydowanie zbyt pewny siebie chłopak, zawsze poprawiał mi humor choć był dla mnie niczym brat.
-Hej! Chciałeś wypłynąć ? Jeżeli Tak, to właśnie uciekła Ci kolejna szansa. –Powiedział wskazując na odpływający żaglowiec. Pracowaliśmy w porcie już nie wiem jak długo, ramie w ramie, a ten idiota zawsze mówił to samo kiedy widział moją minę, i tęskne spojrzenie za żaglami.
Westchnęłam ciężko i odwracając się strzepnęłam jego dłoń z ramienia.
-Nie żartuj. –Prychnęłam. –Nie z Tak drobnym ciałem. Raz dwa by się połapali, a potem robiłabym za umilacz w koi.
Bard objął mnie ciepłym przyjacielskim ramieniem, śmiejąc się w najlepsze.
-Daj spokój, w Tym przebraniu jesteś nie do rozpoznania. –Powiedział lekkim, zalotnym mrukiem. –Choć przyznaje – Złapał mnie dwoma palcami za jasny policzek i lekko naciągną moją skórę. –Że z Taką buzią, mogłabyś wpaść w oko nie jednemu miłośnikowi młodych chłopców. –Szepnął tak by nikt nie słyszał zaśmiał się zaraz i klepnął mnie w tyłek.
-Do później Bard. –Powiedziałam jedynie, posyłając mu naganne spojrzenia z oczu skrytymi za ciemnymi szkłami, umiejscowionymi tuż nad zaczerwienionymi policzkami. Podrapał się w głowę, i z uśmiechem skierował się z kilkoma dolcami w kieszeni do portowego zamtuza.
*
Kiedy w swym męskim przebraniu przechodziłam w górę brukowanej ulicy „London streed”
. No końcu, której mieściła się wynajmowana przeze mnie klitka. Jakiś facet – ojciec rodziny biegł w popłochu kryjąc się w bocznej uliczce, a kobiety podniosły szept o tym, iż znów wojskowe psy robiły „Brankę” – Westchnęłam, poprawiając pożółkłą od potu koszulę.
Byłam zbyt drobnej postury, by wzięli mnie do wojska na jeden z Tych okrętów królewskiej floty, który był dumą korony.
Najchętniej jednak, ten przymusowy przydział do wojska przeczekałabym w domu, rozcinając uwierające mnie w piersi bandaże. Wówczas, na pewno by mnie nie wzięli. – Prychnęłam, patrząc jednak z pogardą na mężczyzn bojących się królewskich psów. W Moim kraju… Nie przeszłoby to, jesteśmy zbyt dumnym narodem. – Ścisnęłam lekko swoje ramię, dłonią obleczoną skórzaną rękawiczką bez palców.
Niestety, moje wynajmowane mieszkanko, znajdowało się na początku ulicy, skąd zaczynała się łapanka.
Postanowiłam więc dla świętego spokoju, wpaść do pobliskiego lokalu i to przeczekać.
Zazwyczaj było tu gwarno, teraz poza barmanem siedział werbunkowy, i chyba oficer królewskich psów, pijący coś przy barze. Poprawiłam swojego „samurajskiego koka” z ognistych włosów, i usiadłam na drugim końcu lady zamawiając kielicha.
Zauważyłam, że poza tymi dwoma wojakami, kilku panów brzęczało skutymi w łańcuchy rękoma, podchodząc kolejno z przerażeniem do werbunkowego, który dokładnie sprawdzał ich dokumenty i zapisywał dane w grubym zeszycie.
Prychnęłam pod nosem, co było dla innych bardziej jak lekkie kichnięcie…
<ktoś wypłynie ? XD>
Od Ravena
Przepiękny spokojny letni dzień, nic w taki dzień nie jest bardziej męczące poza swoją własną egzystencją - do prawdy, nic bardziej irytującego niż świadomość własnego życia. - Sapnął w myślach doktor dosłownie spływając po blacie biurka w bibliotece.
-Co tam Raven ? -Zapytała wesoło młoda elfka, jedna ze studentek uniwersytetu.
Bibliotekarz podniósł się leniwie znad blatu.
-Jest zbyt gorąco, by żyć i zbyt duszno, by umierać. -Stwierdził.
-Hehe... przesadzasz. -Stwierdziła wesoło. -Miałabym do pana jeszcze jedną sprawę. -Powiedziała kładąc książki na blacie, a Raven zaczął sprawdzać które to są, by móc je później dobrze skatalogować.
-Jeżeli muszę się do tego ruszyć z miejsca... to wolę umrzeć. -Stwierdził poważnie.
-Marudzisz. Pójdź proszę w przerwie do Filiny, ostatnio źle się czuje. Jej chyba też te upały nie szkodzą. -Posmutniała.
Reven odetchnął głęboko przechylając mocno głowę przez oparcie krzesła. Długo milczał, mając na wpół otwarte oczy.
-Dobra pójdę później do niej. -Zadecydował, jakby był nieruchawym władcą na tronie. -Teraz weź co chcesz i pozwól dalej dogorywać.
Elfka poszła po książki, a wychodząc pomachała mu życzliwie.
W godzinie końca pracy - bowiem zmiennik nie przyszedł, aby go wyswobodzić ze szponów nudy i gorąca. Kiedy wrócił do domu i spojrzał na swój kostium doktora plagi, przypomniał sobie o obietnicy.
Nie spieszył się zbytnio, by odwiedzić chorą elfkę. Zdążył sobie zrobić zimnego napoju i dwudaniowy obiad. - Zdążył się nawet przespać w tym skwarze nim sobie wmówił, iż może to być coś poważnego.
-A mówią, że elfy mają dobre zdrowie... -Westchnął zapinając z boku swojego płaszcza masywną księgę.
Wyszedł niespiesznie, na tyle niespiesznie iż do domu Filiny dotarł w porze kolacji.
-Dzień... dobry wieczór. -Przywitał, zdejmując kapelusz z szerokim rondem i kłaniając się powabnej elfce, zamiótł kapeluszem podłogę.
-Dobry wieczór. Dobrze, że już Pan doktor jest. -Powiedziała Filina, snując się niemal jak zombie po domu ubrana w zbyt luźną piżamę.
-Połóż się. -Przykazał. -Jak się czujesz ? co coś Cię boli ? -Zapytał, pomagając jej dojść do łóżka.
-Dziękuję... -Powiedziała.
Przebadał ją.
-Cóż, nie wygląda to za dobrze. Do puki nie wrócę nie wstawaj lepiej z łóżka. Poproś kogoś by był przy tobie. Mam komuś przekazać wiadomość ? -Zapytał, pakując swoje rzeczy.
-Nie możesz mnie wyleczyć tym co masz ? Mam za tydzień egzamin...
-Nie. -Zaoponował surowo. -Puki co zostawię Ci wyciąg z liści Filiskusa, pomoże zbić gorączkę. -Wyjaśnił. -Musisz odpocząć, wygląda to na wirusa. Nie sądzę by miało to szybko przejść, a epidemii Tu nie potrzebuje. -Stwierdził. -Przyślę tu Ellikę. Dobranoc. - I z tymi słowy wyszedł.
-Co tam Raven ? -Zapytała wesoło młoda elfka, jedna ze studentek uniwersytetu.
Bibliotekarz podniósł się leniwie znad blatu.
-Jest zbyt gorąco, by żyć i zbyt duszno, by umierać. -Stwierdził.
-Hehe... przesadzasz. -Stwierdziła wesoło. -Miałabym do pana jeszcze jedną sprawę. -Powiedziała kładąc książki na blacie, a Raven zaczął sprawdzać które to są, by móc je później dobrze skatalogować.
-Jeżeli muszę się do tego ruszyć z miejsca... to wolę umrzeć. -Stwierdził poważnie.
-Marudzisz. Pójdź proszę w przerwie do Filiny, ostatnio źle się czuje. Jej chyba też te upały nie szkodzą. -Posmutniała.
Reven odetchnął głęboko przechylając mocno głowę przez oparcie krzesła. Długo milczał, mając na wpół otwarte oczy.
-Dobra pójdę później do niej. -Zadecydował, jakby był nieruchawym władcą na tronie. -Teraz weź co chcesz i pozwól dalej dogorywać.
Elfka poszła po książki, a wychodząc pomachała mu życzliwie.
W godzinie końca pracy - bowiem zmiennik nie przyszedł, aby go wyswobodzić ze szponów nudy i gorąca. Kiedy wrócił do domu i spojrzał na swój kostium doktora plagi, przypomniał sobie o obietnicy.
Nie spieszył się zbytnio, by odwiedzić chorą elfkę. Zdążył sobie zrobić zimnego napoju i dwudaniowy obiad. - Zdążył się nawet przespać w tym skwarze nim sobie wmówił, iż może to być coś poważnego.
-A mówią, że elfy mają dobre zdrowie... -Westchnął zapinając z boku swojego płaszcza masywną księgę.
Wyszedł niespiesznie, na tyle niespiesznie iż do domu Filiny dotarł w porze kolacji.
-Dzień... dobry wieczór. -Przywitał, zdejmując kapelusz z szerokim rondem i kłaniając się powabnej elfce, zamiótł kapeluszem podłogę.
-Dobry wieczór. Dobrze, że już Pan doktor jest. -Powiedziała Filina, snując się niemal jak zombie po domu ubrana w zbyt luźną piżamę.
-Połóż się. -Przykazał. -Jak się czujesz ? co coś Cię boli ? -Zapytał, pomagając jej dojść do łóżka.
-Dziękuję... -Powiedziała.
Przebadał ją.
-Cóż, nie wygląda to za dobrze. Do puki nie wrócę nie wstawaj lepiej z łóżka. Poproś kogoś by był przy tobie. Mam komuś przekazać wiadomość ? -Zapytał, pakując swoje rzeczy.
-Nie możesz mnie wyleczyć tym co masz ? Mam za tydzień egzamin...
-Nie. -Zaoponował surowo. -Puki co zostawię Ci wyciąg z liści Filiskusa, pomoże zbić gorączkę. -Wyjaśnił. -Musisz odpocząć, wygląda to na wirusa. Nie sądzę by miało to szybko przejść, a epidemii Tu nie potrzebuje. -Stwierdził. -Przyślę tu Ellikę. Dobranoc. - I z tymi słowy wyszedł.
~*~
Nim wrócił do swojego domu, zaszedł do przyjaciółki Filiny - tej samej elfki, która była dziś powiadomić go o stanie zdrowia dziewczyny.
Kiedy mu otworzyła, nie wyglądała za dobrze...
-Elika ? dobrze się czujesz ? -Zapytał z troską, kładąc dłoń na jej policzku. -Jesteś rozpalona. Połóż się. -Przykazał surowo.
Przebadał elfkę.
-Chyba w złą godzinę, wypowiedziałem słowa o Epidemii. -Westchnął ciężko. -Puki co, dam Ci to samo co Filice. -To mówiąc zostawił jej wyciąg z rośliny pomagającej zbić temperaturę.
-Nie możesz mnie szybko wyleczyć ?
-Niestety, nie spotkałem się jeszcze z takimi objawami. -Przyznał z boleścią. -Poszukam czegoś w książkach. Zjawie się najszybciej jak to możliwe. -Zapewnił.
~*~
Jednak nie dane mu było długo przestudiować objawów choroby oraz sposobów jej wyleczenia w spokoju, lekarze z okolicy przychodzili do niego praktycznie codziennie, by ustalić wspólnie jak walczyć z plagą, która nawiedziła mieszkańców Ravele.
W końcu znaleźli sposób na wyleczenie, a przynajmniej zahamowanie objawów choroby.
-Muszę wyruszyć głęboko w las. -Powiedział.
<ktoś ? coś ? pomoże Ravenowi w poszukiwaniu lekarstwa ? >
<ktoś ? coś ? pomoże Ravenowi w poszukiwaniu lekarstwa ? >
środa, 16 sierpnia 2017
Od Tyve
- Kolejka dla wszystkich – krzyknęłam, chwiejnie zeskakując z drewnianej
ławy, przy okazji zahaczając nogą o jeden z pustych kufli. W tej całej
rozochoconej wrzawie i tak nikt nie usłyszał roztrzaskującego się o
podłogę grubego szkła, a biorąc pod uwagę dość spory tłum, gospodarz z
pewnością to sobie z nawiązką odbije, zdzierając to na dodatek z mojej
biednej i sfatygowanej kieszeni, ale co tam. W końcu noc jeszcze młoda, a
ja dziś dość sporo zarobiłam, więc grzechem by było się nie zabawić, a
zabronienie komukolwiek zabawy powinno być karalne. Szczerze mówiąc, to
dziwię się, że udało mi się to jedno, krótkie zdanie powiedzieć na tyle
wyraźnie, że ktokolwiek z tego motłochu mnie zrozumiał. Chyba że całe
moje wspaniałe towarzystwo jest już tak wstawione, że zrozumieliby nawet
największy pijacki bełkot i to w obcym dialekcie, w takim razie miło z
ich strony, że nie opuścili mnie w tych ciężkich chwilach. No ale tak
dla jasności, ja absolutnie nie jestem pijana. Jestem po prostu weselsza
niż zwykle. Nie przejmując się niczym, podeszłam do lady, zgarnęłam
trunek i łapczywie opróżniłam do połowy naczynie, przysłuchując się
rozmowie dwóch nieznajomych. W sumie to niczego ciekawego nie mówili, ot
taka zwykła rozmowa chłopów. Coś tam o plonach, a że wilki znowu
przetrzebiły stado owiec i że wujek zięcia od strony kuzynki ciotecznej
podpadł jakiejś wyżej postawionej szysze. Jednym słowem, nuuuudaa.
A już miałam nadzieje, że wyłapię coś, co z pewnością uda mi się do
jutra zapamiętać i będę mogła w nieco zmienionej formie upchnąć komuś
nadzianemu. A tu? Jedna wielka kicha. No nic, muszę się poświęcić i
pójść w ślady moich towarzyszy broni. Podejrzewam, że dzisiejsza
eskapada nie skończy się najlepiej, czyli dokładnie tak samo, jak kilka
poprzednich z rzędu, no ale cóż. To nie moja wina, to wszystko przez ten
cudowny napój bogów, który woła mnie i wręcz błaga, bym wypiła go
jeszcze więcej. I jak ja mogę odmówić tym jego uroczym prośbą i go tak
brutalnie zawieźć? No serca musiałabym nie mieć, a tak okrutna to ja nie
jestem. Tym oto sposobem kolejne kufle opróżniałam w zatrważającym
tempie tak, że nie
jednego dorosłego faceta mogłabym tym zawstydzić. Oczywiście, jeśli
którykolwiek z tych mężnych dżentelmenów był jeszcze na tyle świadomy,
by zarejestrować ten fakt. A tak się niefortunnie dla mnie złożyło, że
wszyscy tutaj obecni żyli w błogiej nieświadomości, co się wokół nich
dzieje.
Najwyższy czas, by ruszyć do domu. Dumnym i nawet dość równym krokiem, skierowałam się w stronę wyjścia, nie zapomniawszy uprzednio uregulować swoich dość sporych długów. Chyba jednak przesadziłam dzisiejszego wieczoru, czułam, jak wszystko wiruje, a w moim żołądku był jeden wielki młyn. Podparłam się o framugę drzwi, na chwilkę, jedną króciutką chwilunię, która tak bardzo mogła mi pomóc jakoś się ogarnąć i uspokoić wzburzony organizm. Nie był to jednak jeden z moich najświatlejszych pomysłów, gdyż właśnie po tej jednej króciutkiej chwiluni wszystko to, co dziś w siebie wlałam, z wesołym chlupotem opuściło moje ciało. Dokładniej mówiąc, wprost na czyjeś buty, ale jest to nic nieznaczący drobiazg. Wykonałam natychmiastowy odwrót i z gracją słonia w składzie porcelany ulotniłam się z dala od felernego miejsca przestępstwa.
Chowając się, rozglądałam się uważnie, żeby czasem nie napotkać wściekłych tęczówek mojej ofiary, a kompletna nieznajomość jej wyglądu w ogóle mi nie przeszkadzała. Ze skupieniem, ale i z rozbrajającym uśmiechem przeczesywałam bawiący się tłum. No bo ludzie, czy to nie jest zabawne? Właśnie zwróciłam cały ciężko zarobiony przeze mnie majątek na obuwie jakiegoś niewinnego przechodnia i wszystko wskazywało na to, że ujdzie mi to na sucho. Szczwany ze mnie lisek. W końcu ponownie ruszyłam w stronę wyjścia. Tak czy inaczej, nie miałam już za co się napić, więc nic tam po mnie. Mogłabym co najwyżej komuś wcisnąć jakieś gówn… to znaczy powróżyć. Jeszcze jeden szybki rekonesans i mam.
- Stój – zawołałam za swoją upatrzoną ofiarą. Właściwie była to pierwsza lepsza osoba, która napatoczyła mi się po drodze, a że byłam tak zaćmiona i otumaniona alkoholem, że nawet nie byłam w stanie rozróżnić czy to kobieta, czy mężczyzna nie pomyślałam, żeby jakoś inaczej się odezwać. Jednakże wiedziałam już, że nie odpuszczę jej tak łatwo. Oburzona brakiem reakcji jakimś cudem dotoczyłam się do obiektu mojego zainteresowania, zanim opuścił lokal, przedzierając się bestialsko łokciami i pociągnęłam za rękę do najbliższego stołu. Miałam aktualnie tylko jeden cel, jedno marzenie, które wiedziałam, że musiałam spełnić, właśnie to pragnienie dawało mi siłę, by zaciągnąć osobnika w wybranym przeze mnie kierunku. Popchnęłam istotę na krzesło i mocno gestykulując, próbowałam sklecić w głowie jakąś ludzką wypowiedź. W końcu zirytowana brakiem jakiejkolwiek sensownej kwestii zdecydowałam nie bawić się w grzeczności i uprzejmości – Siadaj, powróżę ci.
Najwyższy czas, by ruszyć do domu. Dumnym i nawet dość równym krokiem, skierowałam się w stronę wyjścia, nie zapomniawszy uprzednio uregulować swoich dość sporych długów. Chyba jednak przesadziłam dzisiejszego wieczoru, czułam, jak wszystko wiruje, a w moim żołądku był jeden wielki młyn. Podparłam się o framugę drzwi, na chwilkę, jedną króciutką chwilunię, która tak bardzo mogła mi pomóc jakoś się ogarnąć i uspokoić wzburzony organizm. Nie był to jednak jeden z moich najświatlejszych pomysłów, gdyż właśnie po tej jednej króciutkiej chwiluni wszystko to, co dziś w siebie wlałam, z wesołym chlupotem opuściło moje ciało. Dokładniej mówiąc, wprost na czyjeś buty, ale jest to nic nieznaczący drobiazg. Wykonałam natychmiastowy odwrót i z gracją słonia w składzie porcelany ulotniłam się z dala od felernego miejsca przestępstwa.
Chowając się, rozglądałam się uważnie, żeby czasem nie napotkać wściekłych tęczówek mojej ofiary, a kompletna nieznajomość jej wyglądu w ogóle mi nie przeszkadzała. Ze skupieniem, ale i z rozbrajającym uśmiechem przeczesywałam bawiący się tłum. No bo ludzie, czy to nie jest zabawne? Właśnie zwróciłam cały ciężko zarobiony przeze mnie majątek na obuwie jakiegoś niewinnego przechodnia i wszystko wskazywało na to, że ujdzie mi to na sucho. Szczwany ze mnie lisek. W końcu ponownie ruszyłam w stronę wyjścia. Tak czy inaczej, nie miałam już za co się napić, więc nic tam po mnie. Mogłabym co najwyżej komuś wcisnąć jakieś gówn… to znaczy powróżyć. Jeszcze jeden szybki rekonesans i mam.
- Stój – zawołałam za swoją upatrzoną ofiarą. Właściwie była to pierwsza lepsza osoba, która napatoczyła mi się po drodze, a że byłam tak zaćmiona i otumaniona alkoholem, że nawet nie byłam w stanie rozróżnić czy to kobieta, czy mężczyzna nie pomyślałam, żeby jakoś inaczej się odezwać. Jednakże wiedziałam już, że nie odpuszczę jej tak łatwo. Oburzona brakiem reakcji jakimś cudem dotoczyłam się do obiektu mojego zainteresowania, zanim opuścił lokal, przedzierając się bestialsko łokciami i pociągnęłam za rękę do najbliższego stołu. Miałam aktualnie tylko jeden cel, jedno marzenie, które wiedziałam, że musiałam spełnić, właśnie to pragnienie dawało mi siłę, by zaciągnąć osobnika w wybranym przeze mnie kierunku. Popchnęłam istotę na krzesło i mocno gestykulując, próbowałam sklecić w głowie jakąś ludzką wypowiedź. W końcu zirytowana brakiem jakiejkolwiek sensownej kwestii zdecydowałam nie bawić się w grzeczności i uprzejmości – Siadaj, powróżę ci.
Kto chce, żeby mu powróżyć? ;3
niedziela, 2 lipca 2017
Od Silyena
Zadziwiające, jak jasne słońce uderzyło do okna komnaty
młodego księcia. Promienie przebiły się cudem przez ogrom liści
wszelakich roślin. Pomieszczenie to można było porównać do siedliska
zielarza, bądź też do puszczy. Komnata wbrew pozorom nie należała do
największych, gdyż książę sam wybrał sobie wieżę ze względu na
widoki, które mógł stamtąd podziwiać. Jedno z okien zwracało się ku
lasom i naturze, inne zaś, wpatrywało się w głąb miasta.
Ściany wydawały się miękkie i przyjazne, ponieważ porastał je
zdrowy, czysty, zieloniutki mech. Ciemnowłosy sam o niego
dbał, tym bardziej jako mag ziemi, uwielbiał to. Poustawiane
wszędzie zostały rośliny w donicach, a na białe zasłony opadały
pojedyncze liny liści bluszczu. Nie raz można by dosłyszeć jak
zmiennokształtny rozmawia z własną zielonością, a także nie raz ptaki
zatrzymują się w jego komnacie, wyśpiewując wysokie etiudy i
serenady. Od zawsze był blisko z naturą, również i jego babka jako
elf ceniła sobie roślinność i różnorodność flory w ogrodach zamkowych. Jego
łoże skąpane zostało w bieli i złocie okazując delikatność, ale zarazem
bogactwo dworu. Również w swym azylu przetrzymywał książki, swoją
fortecę wiedzy, na drewnianym regale. W zamku znajdowała się znacznie
większa biblioteka, w której także uwielbiał spędzać czas. Tego
jednak dnia, nie było mu dane użyć spokojnego i przyjemnego
poranka. Książę bowiem również posiada wszelakie obowiązki, a
jednym z takowych było między innymi uczestniczenie wysłuchiwaniu próśb i
modłów mieszkańców stolicy, którzy w określone dni schodzili się do jednej z sali
królewskich i tam wyrzucali z siebie wszystko to, co leży im na sercu. Nie
zawsze uczestniczył w owych spotkaniach, tego jednak dnia poproszono go o to.
Niechętne bose stopy zwlekły się o świcie z łoża posłanego białą pościelą.
Kilka chwil potem pojawiły się służki, które znając swoją pracę i doskonale
radząc sobie z rutyną, podały księciu kielich mleka od jednej z
najznamienitszych krów, a kolejno czekając aż je wypije – rozczesały jego
ciemne włosy. Młody mężczyzna nie należał do wiecznie milczących osób i co
prawda, do pachołków nie powinien zwracać się w innej sprawie niż etykietalne
rozkazy, był dla nich miły i dobry. Nie przepadał za wiecznym obsługiwaniem,
dlatego niekiedy oszczędzał im trudu. Były to kobiety zasłużone na dworze i
dobrze sprawujące się w każdym swoim obowiązku. Jako, że nie należały już do
najmłodszych, nie chciał, by musiały udawać się do najwyższego punku zamku
tylko po to, by podać mu mleko czy pomóc założyć strój dworski. To jednak co
pozostawało w murach zamku, takie musiało zostać. Silyen różnił się znacznie od
książąt, którzy chodzą wiecznie z uniesionymi w górze podbródkami i nie liczą
się kompletnie z niczym, wiecznie zadufani w swoim stanie, wyglądzie i
wszystkim tym, co posiadali. To takimi gardził. Owszem, musiał stworzyć
autorytet, przyjemny, ale i konsekwentny wygląd następcy tronu, który będzie
słusznie wykonywał swoje obowiązki. Nigdy nie udawał i zawsze był sobą, to
dobrze o nim świadczyło. Jednak jak każdy posiadał wady, między innymi
lekkomyślność jaką kierował się podczas opuszczania murów zamku bez rycerzy u
boku. Jako wysoko urodzony musiał posługiwać się bronią, niewielkie to jednak
miało znaczenie podczas chociażby napadów, które nie były organizowane w
pojedynkę.
Kiedy to jego włosy zostały splecione w luźny, ale szykowny warkocz, zmiennokształtny wstał i z pomocą kobiet dopiął swój zdobiony biało złoty strój, a także na plecy założył płachtę, dopinaną z przodu. Podczas spotkań z tłumem rodzina królewska zawsze przywdziewała szaty rodowe oraz wszelkie inne rekwizyty, jak choćby dopinana peleryna. Po pewnym czasie z kilkoma nasionami w dłoni, ruszając natarczywie uszami, które w ekstrawagancki sposób wystawały zza korony, nie przepadał za tym, ale niewiele w tym przypadku mógł również zdziałać. Po drodze usłyszał również kroki znacznie młodszego brata, który także miał brać udział w spotkaniu z mieszkańcami. Kiedy wszedł do sali, dziadkowie czekali już na swoich tronach, a mały Yedhel kręcił się nerwowo na mniejszym, równie zdobionym, stojącym obok króla. Silyen skłonił się z szacunkiem, i zasiadł na swoim miejscu poprawiając pelerynę i dłonie opierając na podporach tronu. Po upływie zaledwie kilku minut, mosiężne drzwi otworzyły się z pomocą strażników z halabardami stojącymi wewnątrz pomieszczenia. Do środka wmaszerowali kolejni strażnicy w barwach narodowych. Szli dwoma rzędami, a między nimi jeden rząd mieszczan od żebraków, których niemal nigdy nie brakowało, jak i szlachciców, którzy narzekali za każdym razem na swą niedolę. Jedna i druga warstwa z obrzydzeniem patrzyła na siebie nawzajem. To stało się jednak tradycją, niestety. Spotkanie zazwyczaj kończyło się wieczorami, a prośby ludzi nie znały swych granic. Jedni posili zaledwie o kromkę chleba, inni natomiast o niemożliwe połacie ziemi pod uprawę. Ludzie są różni i nie wszystkim da się dogodzić. Jeśli chodzi o racje żywieniowe, mądra królowa starała się dopomagać biednych proszących o jakiekolwiek jedzenie. Jako elfka, przyjaciółka magów i druidów, wspólnie z nimi mogła uskutecznić uprawy, choć wierzyła bardziej, że to modły do bogini Ziemi i Urodzaju – Eithne, wspomagają najbardziej ich starania. Od czasu do czasu pomagał jej również Silyen, sam będąc magiem ziemi.
Tak jak się spodziewał, spotkanie odbywało się do późna, bo niemal cały dzień, a mimio to, znaczna część poddanych została odesłana z zamku. To nigdy nie jest piękny widok, jednak być może rozumieli to, że i królewska para z wnuczętami są istotami potrzebującymi odpoczynku, jedzenia, czegokolwiek co pomoże im się odprężyć po tylu współdzielonych uczuciach odnośnie niedoli. Źle jest słuchać o wszystkim tym, co powinno się zmienić we własnym królestwie. Silyen podziwiał króla oraz królową za to, że zawsze doskonale sobie z tym radzili i nie podchodzili do wszystkiego zbyt emocjonalnie. Jego samego często od wewnątrz rozpierały emocje, a mimo to nie mógł nic zrobić. Wtedy chwalił świat, że jego rola póki co kończyła się na siedzeniu na tronie i uśmiechaniu się, ewentualnie podaniu daru. Kiedy rodzina królewska mogła względnie zakończyć dzień, książę bez dłuższych wymówek, postanowił wybrać się na wieczorny spacer u podnóża zamku. Nie wybierał się nazbyt daleko, nie mając na to siły. Mimo to, pragnął odsapnąć od czterech więżących go ścianach. Potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza i tak też uczynił. Zarzucając na ramiona obszerny ciemnozielony płaszcz wyszedł z zamku głównymi drzwiami. Strażnicy otworzyli je, a zaraz po jego wyjściu zamknęli, krzyżując ze sobą halabardy. Silyen opuściwszy mury zamku wolnym krokiem począł zmierzać od tak przed siebie. Ludzie znali go, z jednej strony było to z pewnością dobre, z drugiej narażało jego zdrowie i życie na jakiś uszczerbek ze strony szaleńców. Jedyne gdzie chciał się znaleźć w danym momencie, to na łące bądź w lesie. Dlatego ruszył w znanym sobie kierunku. Jego sylwetka niemalże płynęła pomiędzy chatkami mieszczan, stawiał bowiem ciche i spokojne kroki. Prawdopodobnie był to nawyk z formy zwierzęcej księcia. Co jakiś czas również, strzygł uszami nasłuchując tego, co ma mu do powiedzenia okolica. Niebo pokryło się granatowym odcieniem, a ciemne chmury przysłaniały księżyc, który powinien był oświetlać drogę wędrowcom. Po pewnym czasie samotnej przechadzki do księcia dołączył Terhal, który niespiesznie poruszając ogonem powitał go.
- Terhalu, mój przyjacielu. Nie pokazywałeś mi się od paru dni. Zaczynałem się o ciebie martwić. Nie masz w zwyczaju przebywania u mego boku na co dzień i zapewne posiadałeś ważniejsze sprawy, mimo to, pamiętaj, że i ja czekam na ciebie. – spojrzał na lisa o dziewięciu ogonach i obdarował go przyjemny, serdecznym uśmiechem, który był zarezerwowany jedynie dla tak tajemniczo bliskiego przyjaciela.
Niekiedy udawało im się spędzać wspólne wieczory. Udawali się na polany i tam pogrążając się w melancholii wymieniali spojrzenia pełne dialogów. I tym razem udało im się spotkać niezależnie od niebezpieczeństw i tym podobnych spraw. Ulice stolicy opustoszały, jednak kiedy młody mężczyzna i jego niezwykły pupil zbliżyli się do innego zakątka stolicy, który miał ich doprowadzić na znacznie bardziej zieloną przestrzeń, dostrzegli ruch. Oboje niemal w tym samym momencie poruszyli zwierzęcymi uszami, natomiast lis usiadł jedynie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Kiedy to jego włosy zostały splecione w luźny, ale szykowny warkocz, zmiennokształtny wstał i z pomocą kobiet dopiął swój zdobiony biało złoty strój, a także na plecy założył płachtę, dopinaną z przodu. Podczas spotkań z tłumem rodzina królewska zawsze przywdziewała szaty rodowe oraz wszelkie inne rekwizyty, jak choćby dopinana peleryna. Po pewnym czasie z kilkoma nasionami w dłoni, ruszając natarczywie uszami, które w ekstrawagancki sposób wystawały zza korony, nie przepadał za tym, ale niewiele w tym przypadku mógł również zdziałać. Po drodze usłyszał również kroki znacznie młodszego brata, który także miał brać udział w spotkaniu z mieszkańcami. Kiedy wszedł do sali, dziadkowie czekali już na swoich tronach, a mały Yedhel kręcił się nerwowo na mniejszym, równie zdobionym, stojącym obok króla. Silyen skłonił się z szacunkiem, i zasiadł na swoim miejscu poprawiając pelerynę i dłonie opierając na podporach tronu. Po upływie zaledwie kilku minut, mosiężne drzwi otworzyły się z pomocą strażników z halabardami stojącymi wewnątrz pomieszczenia. Do środka wmaszerowali kolejni strażnicy w barwach narodowych. Szli dwoma rzędami, a między nimi jeden rząd mieszczan od żebraków, których niemal nigdy nie brakowało, jak i szlachciców, którzy narzekali za każdym razem na swą niedolę. Jedna i druga warstwa z obrzydzeniem patrzyła na siebie nawzajem. To stało się jednak tradycją, niestety. Spotkanie zazwyczaj kończyło się wieczorami, a prośby ludzi nie znały swych granic. Jedni posili zaledwie o kromkę chleba, inni natomiast o niemożliwe połacie ziemi pod uprawę. Ludzie są różni i nie wszystkim da się dogodzić. Jeśli chodzi o racje żywieniowe, mądra królowa starała się dopomagać biednych proszących o jakiekolwiek jedzenie. Jako elfka, przyjaciółka magów i druidów, wspólnie z nimi mogła uskutecznić uprawy, choć wierzyła bardziej, że to modły do bogini Ziemi i Urodzaju – Eithne, wspomagają najbardziej ich starania. Od czasu do czasu pomagał jej również Silyen, sam będąc magiem ziemi.
Tak jak się spodziewał, spotkanie odbywało się do późna, bo niemal cały dzień, a mimio to, znaczna część poddanych została odesłana z zamku. To nigdy nie jest piękny widok, jednak być może rozumieli to, że i królewska para z wnuczętami są istotami potrzebującymi odpoczynku, jedzenia, czegokolwiek co pomoże im się odprężyć po tylu współdzielonych uczuciach odnośnie niedoli. Źle jest słuchać o wszystkim tym, co powinno się zmienić we własnym królestwie. Silyen podziwiał króla oraz królową za to, że zawsze doskonale sobie z tym radzili i nie podchodzili do wszystkiego zbyt emocjonalnie. Jego samego często od wewnątrz rozpierały emocje, a mimo to nie mógł nic zrobić. Wtedy chwalił świat, że jego rola póki co kończyła się na siedzeniu na tronie i uśmiechaniu się, ewentualnie podaniu daru. Kiedy rodzina królewska mogła względnie zakończyć dzień, książę bez dłuższych wymówek, postanowił wybrać się na wieczorny spacer u podnóża zamku. Nie wybierał się nazbyt daleko, nie mając na to siły. Mimo to, pragnął odsapnąć od czterech więżących go ścianach. Potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza i tak też uczynił. Zarzucając na ramiona obszerny ciemnozielony płaszcz wyszedł z zamku głównymi drzwiami. Strażnicy otworzyli je, a zaraz po jego wyjściu zamknęli, krzyżując ze sobą halabardy. Silyen opuściwszy mury zamku wolnym krokiem począł zmierzać od tak przed siebie. Ludzie znali go, z jednej strony było to z pewnością dobre, z drugiej narażało jego zdrowie i życie na jakiś uszczerbek ze strony szaleńców. Jedyne gdzie chciał się znaleźć w danym momencie, to na łące bądź w lesie. Dlatego ruszył w znanym sobie kierunku. Jego sylwetka niemalże płynęła pomiędzy chatkami mieszczan, stawiał bowiem ciche i spokojne kroki. Prawdopodobnie był to nawyk z formy zwierzęcej księcia. Co jakiś czas również, strzygł uszami nasłuchując tego, co ma mu do powiedzenia okolica. Niebo pokryło się granatowym odcieniem, a ciemne chmury przysłaniały księżyc, który powinien był oświetlać drogę wędrowcom. Po pewnym czasie samotnej przechadzki do księcia dołączył Terhal, który niespiesznie poruszając ogonem powitał go.
- Terhalu, mój przyjacielu. Nie pokazywałeś mi się od paru dni. Zaczynałem się o ciebie martwić. Nie masz w zwyczaju przebywania u mego boku na co dzień i zapewne posiadałeś ważniejsze sprawy, mimo to, pamiętaj, że i ja czekam na ciebie. – spojrzał na lisa o dziewięciu ogonach i obdarował go przyjemny, serdecznym uśmiechem, który był zarezerwowany jedynie dla tak tajemniczo bliskiego przyjaciela.
Niekiedy udawało im się spędzać wspólne wieczory. Udawali się na polany i tam pogrążając się w melancholii wymieniali spojrzenia pełne dialogów. I tym razem udało im się spotkać niezależnie od niebezpieczeństw i tym podobnych spraw. Ulice stolicy opustoszały, jednak kiedy młody mężczyzna i jego niezwykły pupil zbliżyli się do innego zakątka stolicy, który miał ich doprowadzić na znacznie bardziej zieloną przestrzeń, dostrzegli ruch. Oboje niemal w tym samym momencie poruszyli zwierzęcymi uszami, natomiast lis usiadł jedynie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
[Ktokolwiek zechce wdać się w rozmowę z księciem i jego pupilem?]
Subskrybuj:
Posty (Atom)