wtorek, 24 stycznia 2017

Od Edany do Silyena #2

Ciężko było stwierdzić emocje, jakie nią w tamtej chwili targały. Przyglądała się mu, oczekując odpowiedzi, jednak spotkała się jedynie z milczeniem i dość dziwną, ciekawą reakcją. Czuła na sobie jego wzrok i mimo, że nie widziała nic poza ludzkimi ustami, wiedziała, że nie jest on do końca człowiekiem. Czuła to, a umieć wyczuwać musiała, bo inaczej w tej branży nie dałoby się żyć. Zmarszczyła brwi ponownie, gdy zobaczyła gest jego dłoni, która najpierw spoczęła na materiale kaptura i zaciągnęła go jeszcze bardziej na nieznajomą twarz, a następnie spoczęła przez jakiś czas nieruchomo w powietrzu, ukazując stragan właściciela skradzionego królika. Wiedziała, co to znaczy i nie podobało jej się to. Wiedziała, co o niej sobie myśli zakamuflowany jegomość i chciałaby mu wiele rzeczy wytłumaczyć, ale nie było na to szans. Uważała, że takich ludzi jak on bardzo trudno jest zmienić. Bardzo trudno uświadomić im o istnieniu czegoś poza pryzmatem świata, który widzą. Większość ludzi i innych ras uznawała, że złodziejstwo to taka łatwa fucha, że wszystko ma się od razu, po łatwiźnie, bo się nie chce. Jednak to nie były czasy, gdy robiło się coś złego komuś i ten ktoś grzecznie czekał na roztrzygnięcie problemu w u króla, o nie. Tutaj każdy wykazywał samosąd. A jak się trafiło na bardzo pamiętliwego delikwenta, to trzeba było uważać na każdy skrawek swojego ciała, co by przypadkiem strzałą nie dostać podczas zwykłego spaceru po słonecznych ulicach. Bo każdy sądzi, że złodzieje to szumowiny z okropnym sercem, które nie widzą nic poza materializmem ich łupów i jeszcze się z tego cieszą. To nie wyglądało tak, przynajmniej nie w jej otoczeniu. Złodziej, żeby umieć kraść, musiał posiadać talent lub ćwiczyć niezłomnie latami, aby opanować mistrzowsko sztukę kradzieży. W jej przypadku miała małe ułatwienie- mamiąco uroczą buźkę, choć i nie ta zawsze dawała radę. Mimo tego jednak, nikt nie zwolnił jej z obowiązku trenowania swojego ciała, sztuki walki ostrzem i łukiem, a nikt też rzecz jasna nie miał zamiaru jej tego uczyć.  Rodzice Draconów często zmuszali swoje dzieci do samodzielności bądź ukradkiem pomagali im nauczyć się czegoś, lecz ona rodziców straciła nie kończąc nawet dziesiątego roku życia i nie tylko szybko musiała nauczyć się samodzielności, ale i umiejętności przetrwania. I, żeby sobie ktoś nie pomyślał, nie uważała się za lepszą od innych, bo się tego nauczyła, czy też nie mówiła wszystkim wkoło "nie znasz życia", bo uważała to za idiotyczne, ale bardzo denerwowało ją przyszywanie metki na podstawie jednego czynu. Złodziej, poza nauką walki i naturalną gibkością ciała, powinien znać również przynajmniej podstawy charyzmy i najlepiej być samym w sobie charyzmatycznym człowiekiem, ale najgorsze w tej fusze było to, że trzeba było uważać. Na każdym kroku niemal, trzeba było uważać kogo się okradało, trzeba było dokładnie patrzeć i przede wszystkim, liczyć się z konsekwencjami swoich czynów. Trzeba być przygotowanym na to, że ktoś kiedyś może Cię w końcu złapać, zanieść do straży lub co gorsza do króla, który nie ulegnie urokowi i przekonywaniom, to będzie trzeba albo uciekać, albo pogodzić się ze swoim losem więźnia. Ktoś pewnie chciałby zapytać; "więc po co tak właściwie złodzieje są złodziejami,  skoro są tego same minusy?". Dziewczyna z chęcią odpowiedziałaby, na podstawie własnych obserwacji. Niektórzy kradli, bo nie mieli innej perspektywy na życie, niektórzy zaś jej po prostu nie potrafili dostrzec, inni byli zafascynowani tym fachem lecz szybko rezygnowali, a jeszcze inni czerpali z tego zwykłą przyjemność. Jak to było z nią? Na pewno nie miałaby problemów ze znalezieniem uczciwej pracy, nie była też biedna; potrafiła szybko zarobić, nawet, jeśli kradzież nie wchodziła w grę. Nie czerpała z tego również jakieś większej satysfakcji, jedynie niektóre skradzione przedmioty odstawiała "do gabloty", aby na stare lata móc podziwiać drogocenne błyskotki innych ludzi. Mimo to, nikomu jeszcze nigdy nie wyjawiła swojego prawdziwego celu w kradzieży i wątpiła, by ktokolwiek się miał o tym dowiedzieć. Z przemyśleń wyrwał ją fakt bycia złapanym za ramię, znów, przez zakapturzonego mężczyznę. Spojrzała nań nieco dzikim wzrokiem, ale dziecinnie wywróciła oczami i poszła razem z nim.
- Chrzanić to. - Burknęła pod nosem, strącając usilnie jego rękę ze swojego ramienia, co by przynajmniej tyle wolności poczuć. Mimo to szła razem z nim, po niecałej minucie będąc tuż przed straganem, z którego wykradła martwego królika. Spojrzała znudzonym wzrokiem w oczy sprzedawcy, po czym uśmiechnęła się nieznacznie, ale najwyraźniej szczerze. Odsunęła się o krok od księcia i oddała królika na swoje miejsce, robiąc bardzo niski ukłon, jedną rękę przykładając do piersi, zaś drugą teatralnie wysuwając na bok, jakby próbowała coś objąć.
- Najserdeczniej przepraszam miłego pana, to się więcej nie powtórzy. - I została w tym ukłonie przez parę sekund, promiennie uśmiechając się w stronę starszego jegomościa, a w pewnym momencie nawet puszczając mu oczko. I zaraz po tym oczku, zerknęła w bok, dostrzegając coś nieco błyszczącego się spod peleryny mężczyzny stojącego obok. Już wcześniej to dostrzegła, jednak wolała nie zwracać uwagi, przynajmniej tymczasowo. Ale to się już zmieniło, bo straciła swój drogocenny łup i nie była z tego powodu jakoś strasznie zła, niemniej jednak chciała się w pewien żartobliwy sposób "zemścić" na swoim nowym znajomym, kimkolwiek on był. Dlatego bardzo szybkim, delikatnym i płynnym ruchem podwinęła jego pelerynę i wysunęła zdobione ostrze z pasa, robiąc piruet i łapiąc go za rękę, aby odwrócić tyłem do straganu, a przodem do niej. Poświęciła dosłownie ułamek sekundy na spojrzenie na niezwykle piękny sztylet, przez chwilę nawet się zastanawiała, kim on jest, że posiada takie caceńko, ale na myśli nie było czasu.
- Uuu, ładne! -  Schowała dłoń z ostrzem za plecami i spojrzała ku górze, ku mężczyźnie, po czym uśmiechnęła się - tym razem naprawdę szczerze - i bardzo pogodnie. Podskoczyła na sekundę i wolną ręką przytrzymała jego policzek, zaś miękkie usta dziewczyny spoczęły na jego nosie, i choć trwało to może dziesięć setnych sekundy, świat dla księcia jakby na chwilę spowolnił. Jednak nie dla niej. Bo ona zaśmiała się cicho i opadła równie szybko na ziemię.
- To w nagrodę! - Odparła również z radosnym śmiechem, po czym obróciła się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i odbiegła od księcia chowając sztylet do własnego pasa, a gdy była już w niewielkim tłumie zdziwionych ludzi, gwizdnęła na palcach. Z niedużej odległości rozległ się jakby groźny ryk, przypominający nieco te zasłyszane czasem w lesie w nocy, gdy spędzało się noc w wiosce. Ryk drapieżnika, którego boją się wszyscy nieuzbrojeni, a tym bardziej oddzieleni od tego świata dostojni mieszczanie. Przemknęła niezauważenie pomiędzy dziesiątkami ludzkich nóg, schylając nieco głowę, aby jeszcze trudniej było dojrzeć jej charakterystyczne, miękkie włosy. Parę sekund po tym między ludzi wskoczył przedziwny stwór, wzrostem przewyższający nieznacznie dorodnego, królewskiego ogiera. Ognistowłosa wskoczyła na przerwę pomiędzy długą szyją a bardzo charakterystycznym grzbietem stworzenia z dwoma ogonami. Trójnoga istota ryknęła przeciągle w stronę okolicznej gawiedzi, wprawiając swoje dwa zęby przypominające pajęcze szczękoczułki w drgania. Przez to wszyscy przerażeni ludzie odsunęli się od parę metrów, pozostawiając dziewczynie jak i jej przyjacielowi sporą dozę terenu. I już miała uciekać, nie przejmując się zupełnie biegnącą w jej stronę strażą, czy księciem obserwującym ją bez przerwy, ale nagle usłyszała jako nieco znajomy dźwięk. Z oddali. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, do jakiej istoty ten dźwięk należy, niemniej jednak było to bardzo dużym zaskoczeniem. Stworzenie o dwóch ogonach machnęło nimi niespokojnie, unosząc się na jednej tylnej łapie niczym patrolująca teren łasica, zaś dziewczyna objęła jego szyję i pogładziła istotę delikatnie po grubej skórze, aby je uspokoić. Oboje wiedzieli, co się święci i wyczuwali biegnące w ich stronę stworzenie. Wzrok złotych oczu ognistowłosej zwrócił się nagle ku zakapturzonemu mężczyźnie, nie bardzo wiedziała co sądzić.

- Książę...? - Zapytała cicho samą siebie, zamierając w miejscu, uspokajając jedynie swojego niespokojnego i wyraźnie niepewnego przyjaciela. Żyła w tym mieście trochę i niemal codziennie u przebywała, co prawda nietrudno było nie słyszeć o tragedii królewskiej rodziny czy o samej rodzinie, ale też zdarzyło jej się raz w życiu dojrzeć to stworzenie. Dziewięcioogonowy lis, zwiastujący mniejsze bądź większe niebezpieczeństwo księcia, który to w razie problemów zawsze przybędzie mu na pomoc. Spojrzała ukradkiem na zdobiony sztylet. Teraz wydawało się to wszystko nabierać sensu. Klepnęła stworzenie w szyję, przez co ten lekko opadł na ziemię i spiął mięśnie, w każdej chwili będąc gotowym do długiego susu, jednak na razie będąc powstrzymywanym przez swoją właścicielkę.

Nie rozumiem Cię.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Od Silyena do Edany



Niczego nie mogła wiedzieć, skoro jej oczy niczego nie mogły dostrzec. Ludzie wcześniej spoglądali na nią, niektórzy jak na wyrzutka, inni z przestrachem lub niejaką irytacją. Książę jednak nie zauważał tego, nie wiedział w końcu, kim jest nieznajoma, a przy okazji nawet nie dostrzegał jej w tłumie. Była zwyczajną obojętną osobą, niczym się niewyróżniającą spośród tylu ras istot, które błąkały się na targowisku. Nie przypuszczałby nawet, że ostanie świadkiem jakiejkolwiek zbrodni. Teoretycznie rudowłosa mogłaby mieć rację, jednak przez prowadzone obserwacje, tak wieloletnie, zdołał zauważyć jak mieszczanie polują w lasach, czy też łowią ryby. Ten człowiek, bo nim właśnie był, mógł być jednym z prawych w swoich interesach, pomimo wysokich cen za swoje towary, wszystko było z nim w porządku. Czarnowłosy czasami widywał go podczas leśnych przechadzek pod postacią kozła. Wbrew pozorom twarze zapadały mu w pamięci, jeśli tylko czymś się charakteryzowały. Myśliwy nie należał do urodziwych, miał niezadbane włosy, które z jednej strony zdawały się być dłuższe, z drugiej krótsze, ugniecione teraz czapką z gronostaja najprawdopodobniej. Gęste nieco posiwiałe już wąsy, zakrywały mu znaczną część ust, a duży i zawsze czerwony nos, był najwidoczniejszym punktem jego twarzy. Prócz tego wyróżniał się również króliczą dolną wargą. Jednakże nie tego dnia widział go poza miastem, dlatego w duchu mógłby przyznać rację dziewczynie. Nie potrafił tego jednak zrobić na głos, nie to było wtedy głównym zadaniem młodego księcia. Nie wystraszył się jej groźby, kiedy tylko poczuł ostrze przy szyi. Wiedział, że nie odważy się zaważyć na jego życiu. To raczej nie należało do jej planu dnia, a przy okazji, kto o zdrowych zmysłach morduje na oczach gapiów, których po zebraniu się w ciasnym gronie, rozsunie po chwili królewska straż. Dziewczyna zostałaby poddana największym torturom jeśli młodemu księciu cokolwiek by się stało. Nie wiedziała o tym jednak, bowiem skąd? Pewien czas mężczyzna zastanawiał się, czy powinien zdjąć swój kaptur i pozwolić jej na chwilę zastanowienia, przemyślenie swoich czynów. Jako książę mógł osiągnąć wszystko, jednak jako nieznajomy w szkarłatnym płaszczu, musiał się wysilić. Dlatego nie zdjął okrycia głowy, a jego uszy wciąż pozostały oklapnięte, niemalże przyklejone do głowy i włosów. Usta wykrzywiły się nieco w lisim uśmiechu, a dłoń Silyena powędrowała do kaptura. Zamknął palce na materiale i naciągnął go jeszcze bardziej na twarz. Nie musiała wiedzieć, ani widzieć niczego, dlatego jedynie wskazał tą samą ręką po chwili, a dokładniej palcem wskazującym, miejsce, z którego bez zapłaty zabrała nieoskórowanego zająca. Spostrzegł przy okazji to, że była Draconką, przez całe swoje życie poznał ich kilku, byli to wysoko urodzeni dostojnicy z bardzo rozkapryszonymi dziećmi. Żadne z nich nie mogło uczyć się w Ravele, bowiem nie przejawiło, wbrew oczekiwaniom rodziców, żadnych umiejętności magicznych. Z tego, co było mu wiadomo, próbowali to nawet na nich wymusić, poprzez różne niepoczytalnie w mniemaniu innych istot, próby. Stawiali dzieci w trudnych sytuacjach, które wymagały szybkiego refleksu, wzrostu adrenaliny i przy okazji strachu, to zazwyczaj w taki sposób ukazują się umiejętności nadnaturalne. Silyen słyszał w późniejszych latach o ich wyczynach na polach bitwy. Zamiast zostać potężnymi magami, stali się świetnymi wojownikami. Los czasami potrafi płatać figle. Dziewczyna jednak nie przypominała mu ani dostojników, ani też żadnych rozkapryszonych dzieci. Dobrze stwierdził, iż jest zwyczajną żebraczką, a do tego złodziejką. Pomimo jakże przyjaznej twarzy i z pewnością miękkich, przyjemnych w dotyku włosów, nie ufałby jej. Istoty okrywają się płaszczami, by chronić ciało przed chłodem lub deszczem. Podobnie jest także z sercami, bowiem przywdziewają one zbroje, które mają za zadanie chronić je za wszelką cenę, nie pozwalając przedostać się złu, tym samym, bardzo często, nie przepuszczając również żadnego dobra. Niektórzy uznają, że lepiej jest nie czuć bólu i radości, niż czuć sam ból. Jest w tym ziarenko prawdy, jednak los wydaje się być rozłożony symetrycznie dla każdego. To, co zapisano każdemu z osobna, przywdziane jest w wyznaczoną część dobra jak i zła. Równowaga w świecie to cenna rzecz, o jaką trzeba dbać i w żadnym wypadku nie powinno się jej zaniedbywać, igrać z nią i droczyć się. Nikomu jeszcze nie wyszło to na dobre, a przeciwnie, potrafi zaszkodzić. W geście jego ręki, były zawarte słowa „Oddaj i przeproś, a o wszystkim zapomnę.”. Uważał, że to wystarczy, aby Draconka wszystko pojęła. Zakadał jednak, że należała do upartej grupy istot i nie wszystko pójdzie tak łatwo. Nie chciał oferować jej pomocy, bowiem dokonała czynu obrzydliwego, przy okazji, poszła też łatwiejszą ścieżką. Zmierzył ją raz jeszcze wzrokiem i machnął ręką we wskazywaną stronę. Ludzie wkoło kompletnie nie zwracali na nich uwagi, jakby taki widok był codziennością, może to dotyczyło osoby nieznajomej złodziejki. Wydawało mu się jednak, że rutyną nie byłoby ganienie jej przez mężczyznę w szkarłatnej pelerynie. W razie kolejnej próby gróźb rudowłosej, za pasem miał ukryty srebrny, zdobiony sztylet, na którego rękojeści znajdowały się niezrozumiałe wzory, a kiedy te, splątywały się pośrodku srebra – między nimi w wyrzeźbionym okręgu – umiejscowiony został błękitny kamień. Jednak nie pobłyskiwał niczym odbijający światło księżyca, wydawał się być bardziej matowy, z wplecionym w siebie odcieniem bieli. Całość wyglądała dość delikatnie i niepozornie. Życie nauczyło go jednak, iż pozory mylą, a  w tej sytuacji, takie pozory mogłyby być śmiertelne w swoich skutkach. Czarnowłosy książę był przygotowany na wiele, choć swej gotowości do wyzwań nie zdradzał. W pewnym momencie dziewczyna opuściła głowę, z bardzo zaciekawioną miną. Nie mogła zdjąć mu kaptura siłą, więc może chciała dowiedzieć się czegoś o jego tożsamości w inny, okrężny sposób? Tego nie wiedział, choć tak przypuszczał. Chwycił ją lekko za ramię i pociągnął za sobą w stronę straganu. Nie chciał jej puścić, by nie stracić jej przypadkiem z oczu, byłoby to dosyć nieprzyjemne i nieprzychylne dla jego osoby. A z jej strony nieco żałosne. Tak przynajmniej sądził. Nie miał zbyt wielkiego do czynienia dotychczasowo ze złodziejami, choć zdarzało się. Fakt faktem, tak naprawdę to małe zwierzątko nie było niczym drogim, aczkolwiek równie dobrze, jako Dracon, mogłaby sama upolować dla siebie jakiekolwiek stworzenie. Nie trudno jest stworzyć dla siebie broń podstawową, prymitywną. A nawet upleść sieć i zarzucić ją na boku rzeki nie byłoby trudno. Istoty tego nie robią – kradną. Poprzez opanowanie, nie wydał z siebie żadnego dźwięku, który świadczyłby o jego wewnętrznym gniewie. Książę doprowadził rudowłosą do straganu, gdzie wąsaty mężczyzna patrzył na nią z dość znaczną i bardzo widocznym powątpiewaniem jak i ze złością. Czarnowłosy patrzył na wszystko spod kaptura, nie chcąc by i mężczyzna go rozpoznał. Usłyszał jednak z lewej strony jak kilku mężczyzn równym krokiem przygniata śnieg, który trzeszczał pod nimi w takt, przygrywając zbrojnym. Dłoń Silyena nieco przytrzymała materiał nakrycia głowy, naciągając go na profil. Tak prędko zorientowano się, że nie ma go w zamku? Dziadkowie prawdopodobnie bili już własne rekordy. Był przekonany, że nieznajoma złodziejka dostrzegła bystrym okiem jego gest. W końcu to nie mogło umknąć jej uwadze. Zmrużył oczy, czekając na jej jakąkolwiek reakcję.

[Edano?]

Od Edany do Silyena

Mróz wydawał się być czasami nie do wytrzymania, a gdzie by nie pójść, tam bez problemu słychać było trzaskający pod ciężarem wielu istot śnieg. Zawsze podczas zimy jej "praca" wydawała się być znacznie trudniejsza, bo niektórzy mają wyczulony słuch, jak ona i nie mają żadnych wątpliwości, gdy dźwięk stóp zderza się z ich uszami. Miała jednak nadzieję, iż tym razem nie wszystko pójdzie na marne i uda jej się coś dorwać. Niedługi czas po pierwszym zapianiu wioskowego koguta ruszyła wzdłuż małych, drewnianych dachów aby szybciej przemierzyć drogę do bramy miejskiej. Tam, widząc powoli przysypiających strażników, poruszyła nieznacznie skrzydłami chowającymi się pod cienką warstwą skórzanej półzbroi. Nie dawało to zbyt dużego ciepła, ale było poręczne i nie krępowało ruchów. Najcichszym, jak tylko można krokiem przecisnęła się pomiędzy nimi i wkroczyła do zupełnie nowego otoczenia, które wioskę wydawało się nie przypominać w żadnym stopniu. To jakiś bogato ubrany człowiek w barwionej, jeleniej skórze, to konny kupiec, a kolorów było znacznie więcej, choćby i na szyldach straganowych. Lubiła przebywać w mieście, bo ono zawsze tętniło życiem, i choć spokój był w tych czasach na wagę złota, zawsze jest to urozmaiceniem samotnego życia. Pierwej ruszyła główną ulicą, przypatrując się przechodzącym obok ludziom, zbyt zajętym swoimi przyziemnymi sprawami, aby zwrócić uwagę na młodą złodziejkę, która niejedną zamyśloną twarz pamiętała i z czystego szacunku, obdarowywała od czasu do czasu nikłym uśmiechem. Jednak to zmieniło się szybko, gdy postanowiła obrać sobie cel swojej dotychczasowo bezsensownej podróży. Życie samemu niekoniecznie jest łatwe, nawet, gdy ma się u boku dorodnego wierzchowca wiernie śledzącego każdy Twój ruch. Jedzenie trzeba upolować lub ukraść, bo nie raz braknie pieniędzy  na zakup, a i na ziołach znać się trzeba, gdy przyjdzie choroba. Medyk nigdy nie przyjdzie za darmo, a to i trzeba trafić na takiego, co nie odmówi smoczej młódce, bo inna rasa, a tacy są rzadkością. Nie narzekała jednak zbytnio na swoje życie i nigdy nie zwykła też mówić, że inni mają lepiej, bo pomimo zdawania sobie sprawy z tego faktu, uznawała, że jej egzystencja jest dobrze ułożona. Sama nad nią tyle pracowała i bez żadnej pomocy poradziła sobie przez wiele lat życia, posługując się niemal wyłącznie swoim urokiem osobistym. Inni może i mieli wielkie pieniądze, bogate szaty, przyjaciół i luksusowe łaźnie, ale była też druga strona. Obdartusy, tak ich się zwie przez szlachtę. Osoby o żadnym potencjalne społecznym, nieraz i nie dwa weteranie wojenni, którzy stracili dosłownie wszystko, a zostało im jedynie ich własne ciało oraz setki kształcących wspomnień. To byli jedyni ludzie, na których dziewczynie zależało i miała wśród nich kilkorgu znajomych, którym zawsze służyła pomocą. Z wzajemnością. Ale pewnie ktoś zapyta; w czym taki żebrak może pomóc? Ano, w złodziejskiej karierze dużo i to bardzo dużo. Dlatego też jej następnym obranym celem było odwiedzenie starego Crhota, przygrywającego na lutni przed pobliską karczmą. Nie minęło pół godziny, jak ujrzała zarys siedzącego na starym kocu mężczyzny, otulonego w parę podartych skór. Akurat dokańczał flaszkę znakomitego bimbru wyciągniętego na litość od karczmarza, lecz przyjemność zyskiwana z konsumpcji niezwykłego w smaku trunku nie przeszkodziła czterdziestosześciolatkowi w ukłonieniu się ognistowłosej dziewczynie. Powitał ją uśmiechem i ujął jej rękę, całując suchymi ustami w dłoń. Na to smoczyca odparła cichym śmiechem i usiadła zaraz obok niego, wpatrując się w przechodzących przed nimi ludzi z dobrze znanej sobie perspektywy.
 - Jak w mieście? Udało Ci się coś zebrać, czy na razie przerwa? - Zapytała, spoglądając jednokrotnie w jego stronę, na ogół jednak zwracając cały swój wzrok ku zniesmaczonym alkoholowym zapachem mieszczan. Obróciła się nieco w bok i sięgnęła po starą, dębową, ale działającą jeszcze lutnię, której struny zostały lekko muśnięte przez dziewczęce opuszki palców. Powietrze zawibrowało, tworząc dźwięk, następnie drugi, trzeci, kolejny, raz za razem, aż powstała łagodna, niskotonowa melodia. Żebrak wyszczerzył się szeroko ukazując niepełne uzębienie, po czym oparłszy się o drewnianą ścianę karczmy, spojrzał na smoczycę i zwrócił nieznacznie wzrok ku górze.
 - Ano, nie tak źle w tym miesiącu. Co prawda parę osób chciało mnie wyrzucić sprzed karczmy, ale pogoniłem ich i dali sobie spokój. Głupie to istoty, powiem Ci. Karczmarz chyba jeszcze jako jedyny mnie tu rozumie. Poza Tobą, oczywiście. - Znów obdarzył ją przyjaznym uśmiechem, sięgając delikatnie do jej ognistych włosów, aby przesunąć wzdłuż nich palcami. Lubił ją, to było dobre dziecko, choć nie każdy to widział. Patrzenie przez pryzmat pozorów było dla niego zupełnie niezrozumiałe.
 - Ale, udało mi się zebrać piętnaście! I patrz! Kupiłem sobie nowe buty! - Krzyknął nagle, jakby przypomniał sobie o rzeczy wagi życia i śmierci, a następnie wyrzucił ręce do góry i wskazał nimi swoje nowe buty, potrząsając delikatnie stopami. Co prawda, były to tylko połatane starą, krowią skórą kapcie kożuchowe o nieco przegniłym zapaszku, ale dawały ciepło i to było najważniejsze. Złotooka zafałszowała ostatnie nuty i burknęła cicho pod nosem, ale zaraz uśmiechnęła się, widząc buty przyjaciela. Odłożyła jego lutnię i podniosła się z koca, kucając jeszcze przez chwilę. - Masz tu, coś ode mnie. Przyjdę jutro. Powiedz mi tylko, czy jest dziś coś ciekawego na targowisku. - Zapytała z przyjazną miną, wrzucając do starego drewnianego pudełka dwie złote monety, które ówcześniej wyciągnęła z kieszeni. Poinstruowana przez starego znajomego, podziękowała z ukłonem i ruszyła spokojnym, nie wzbudzającym podejrzeń krokiem, przyglądając się jeszcze od czasu do czasu tutejszym mieszkańcom. Z wzajemnością. Choć nie wszyscy byli ludźmi, patrzyli na nią, jak na odmieńca. Już dawno się jednak do tego przyzwyczaiła. Parę minut później stanęła na środku rynku i chodziła wzdłuż straganów, przyglądając się uważnie każdemu towarowi z osobna, jakby to była niezwykle cenna błyskotka. Nie miała dziś jednak ochoty ryzykować aby przywłaszczyć sobie czyjś osobisty pierścień zaręczynowy, potrzebowała po prostu czegoś, co pozwoli jej lub jej jedynemu przyjacielowi przeżyć lepiej tę zimę. Dlatego też obrała sobie za cel niedaleko stojący kram z żywymi i martwymi, ale nieskórowanymi zwierzętami. Stwarzając pozory w tłumie przyglądała się jednemu z dziko syczących kotów przy drewnianych miskach, jednak gdy zwierzęta zwróciły uwagę właściciela straganu dosłownie na parę sekund, szybko i bezszelestnie sięgnęła ręką po martwego królika. Schowała go za plecami, kłaniając się z przyjaznym uśmiechem sprzedawcy, a następnie oddaliła się tyłem o parę kroków i biegiem ruszyła w tłum, z niezwykłą zawziętością oraz profesjonalnością przenikając pomiędzy kolejnymi osobami. Nie przejmowała się tym, iż jakaś kobieta od czasu do czasu się przestraszyła i krzyknęła, za czym szła cała gawiedź, niczym naśladujące małpy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że parędziesiąt metrów za największym tłumem, ktoś ją złapał. Nie wiedziała kto to i nie miała zamiaru grzecznie się zapytać, a zwinnym ruchem wyciągnęła z pasa sztylecik i równie zgrabnym; można by wręcz powiedzieć, że pięknym w swojej płynności; ruchem przyłożyła go do gardła właściciela uciskającej jej ramię ręki. Jej smocze oczy wnikliwie obserwowały książęce usta, mimo, iż nie miała pojęcia, kto tak naprawdę ją przyłapał. Po paru sekundach milczenia odsunęła jednak ostrze, chowając je na swoje miejsce, uznając, że nie jest to nikt zbyt niebezpieczny. Nie wyglądał na uzbrojonego, i choć może i był znacznie silniejszy, była pewna, iż przewyższa go zwinnością o kilka głów, więc w razie problemowej sytuacji poradzi sobie. Przechyliła nieznacznie głowę, dokładnie przyglądając się całemu jego ciału; od szkarłatnej peleryny, wyróżniającej się na tle innego pospólstwa, po ciepły, ale wyjątkowo lekki ubiór i w końcu zakapturzoną twarz, a w tym łagodne rysy twarzy młodego mężczyzny. Wiatr delikatnie zawiał, unosząc jej ogniste loki przysłaniając na parę chwil urokliwą, zarumienioną twarzyczkę.
 - Taki jesteś pewien? Skąd możesz to wiedzieć? - Odparła swoim nienagannie melodyjnym głosem, który wydawał się być nie tylko nieludzki, ale również nieludzko piękny, a złote oczy zaiskrzyły się na moment. - Każda kradzież jest narażaniem własnego bezpieczeństwa bądź życia, jak sam widzisz. Poza tym, nie masz pojęcia, kim jest ten człowiek. Nie wiesz, czy on sam nie ukradł swojego towaru od kogoś innego. - Dodała po chwili, wywracając teatralnie oczami i biorąc głęboki wdech. Delikatnie złapała dłonią jego rękę, wciąż spoczywającą na jej ramieniu, ale zatrzymała się w takiej pozycji. W pewnym momencie w końcu zmarszczyła nieznacznie brwi, ciekawiąc się strasznie, dlaczego sporo wyższy od niej mężczyzna nosi kaptur zakrywając znaczną część jego twarzy. Nie była głupia, ale też nie strasznie wścibska, dlatego zamiast samej się przekonać o jegomości, wolała grzecznie zapytać.
 - Kim jesteś?

Silyen?
Kim będziesz?