Kroczył w moim kierunku, jakby był gotowy się zabawić. Nie sięgał po broń, bo pewnie myślał, że można mnie wystraszyć. Oj nie nie. Walczyłam z silniejszymi, lecz nie oceniam go. Zobaczymy jak walczy -wtedy go ocenimy. Ciekawe czy jest spostrzegawczy. Może tak, może zauważy lodowo-metaliczne ostrze. Jeśli tak to da się go woda rozproszyć. Nawet jeśli to będzie trzeba grać nie czysto. Choć nie zbyt to lubię. Dla zapłaty oraz wykonanego zlecenia zawsze warto się poświęcić.
Walkę może czas zacząć albo oddam mojemu przeciwnikowi pierwszy ruch. To mu się należy za drobne draśnięcie. Na szczęście mam przy sobie aktywne źródło więc na bieżąco będę mogła się leczyć.
Wyjęłam noże i wycelowałam w niego, trafiłam w jego ramię, a niektóre go drasnęły. Stałam i patrzyłam na każdy jego ruch.
- Będzie z nim o wiele więcej zachodu. - powiedziałam do siebie.
Chciałam szybko myknąć, wypełnić zadania i dotrzeć do domu. Miałam przed zmrokiem dotrzeć. Ale chyba nie wyjdzie, pech. Czas to zakończyć i się pilnować, aby mnie nie zranił, nie jestem krucha.
- Oddaj mi to poroże, potrzebne jest mi. Może potem cos ci dam za nie. Cena nie gra roli. - Owy osobnik ani drgnął. Czekałam cierpliwie, bo może w końcu zacznie walczyć na to poważnie, a nie jak wystraszona sarenka patrzy i nic nie robi. Może obserwuje moje ruchy, aby znaleźć słaby punkt. Wykorzystać go potem, aby ze mną wygrać.
Stanęłam w miejscu i podrzucałam sobie nożem. Zaczął się zbliżać powoli, nadal stałam w miejscu.
Sarai? Sorki, że tak długo
środa, 19 lipca 2017
niedziela, 16 lipca 2017
Od Silyena do Bezimiennego
[muzyka]
Już pierwszego dnia spotkanie z nieznajomym mu osobnikiem zdawało się być owiane bryzą tajemniczości i całkowitej inszości. Oddalał się od zamku na tyle daleko nocą, by pod gołym niebem i zwierzchnictwem gwiazd, móc zwierzyć się nicości z przewinień jakich mógł dokonać. Wpatrywał się w nie, błagając bogów o urodzaj dla królestwa, opiekę i opatrzność rodziców. Myślał o nich często. Zastanawiał się czy są tam, gdzie być powinni. Pamiętał ich jako wspaniałe osoby, które z pewną ręką i ciepłym sercem władaliby Drothaer. Wierzył, iż tańczą u boku stwórców przy akompaniamencie gwiazd, spoglądają w dół i zsyłają słońce lub deszcz na umysły rodziny królewskiej, w zależności od tego co powinni od nich otrzymać. Doglądali wszystkiego z obiecanego miejsca wśród najważniejszych. Ta myśl pocieszała młodego księcia, pomagała mu się uśmiechać. Wiadomym jest, że często opuszczał gród zamkowy i udawał się na łono natury bądź też na miejskie ulice. Kiedy padło w jego stronę pierwsze pytanie z ust białowłosego odpowiedział mu, jednak nieznajomy nie miał prawa tego usłyszeć, bowiem odpowiedź padła w umyśle Silyena. Owszem, jest spokojna, pozwala mi zająć się układaniem myśli, pomaga rozplanować to co rozplanowane być powinno. Choć i dzień stoi z nią na równi. Życie rozwija się wtedy na ulicach miasta, obserwuję wtedy mieszkańców, poznaję ich obyczaje i harmonogram dnia. Zdawało mu się jednak, że nawet, gdyby przybrał formę ludzką pytanie przeobraziłoby się w bardziej retoryczne. Nie mógł tego zrobić, jak zareagowałby nocny towarzysz? Nie znał go, a choć dobrze władał mieczem i należał do osób zwinnych, nie był uzbrojony po przeistoczeniu. Zdziwił go jednak byt białowłosego, mówił składnie, choć całkiem niezrozumiale, jakby melancholicznie. Wspominał o świecących na niebie punktach, o tym, czy można ich dosięgnąć, zupełnie jakby nie rozumiał czym są. Jednak, czy ktokolwiek wiedział co tak naprawdę przedstawiają? Księgi mówiły wiele, choć zazwyczaj niewystarczająco wyczerpując temat. Za każdym razem kłębiły w głowie domysły i zmuszały do zadawania pytań, pozostawiając je bez odpowiedzi. Kozioł sarny odchodził i pojawiał się ponownie, za każdym razem słuchając wywodów mężczyzny i odchodząc kiedy ten żegnał się z nim słowami „dobranoc”. Czteronogi zwyczajnie żegnał się dostojnym gestem głowy, którą rozumnie zniżał nieco w dół, odwracał się i znikał gdzieś w ciemności. Silyena dziwiło jednak to, że mężczyzna nie rozpoznawał jego diademu na zwierzęcej głowie, być może nie pochodził stąd i zwyczajnie zatrzymał się w stolicy na pewien czas. To nic nowego, wielu jest podróżników w Falamor jak i całym królestwie Drothaer. Dniami jednak snuł się pogrążony w swych przemyśleniach odnośnie zawiłych słów. Próbował pojąć to co kryje się za wersami miłej powłoki. Żadne wykroczenie nie wydawało mu się przyjemne, dlatego każdy skrawek monologu nieznajomego stawał się tak interesujący i warty zgłębienia. Między innymi to właśnie ta fraza przyciągała go co noc w przeznaczone dla nich miejsce. Jasnowłosy nie rozpoznawał we względnie zwykłej sarnie księcia, a to pozwalało mu odpocząć od rutynowych spacerów poprzez miasto. Nie musiał przekradać się, kryć głowy i reszty ciała. Był i zasłuchany odpowiadał mu w myślach, zostawiając wszystko na późniejsze okazje. Kiedyś mu to opowie, znajdzie dogodny moment, dzięki któremu wróci do swej ludzkiej postaci. Jedyne czego potrzebował to niewielki gest, który szepnąłby mu – tak, to idealny czas, zmień bieg wydarzeń. Przyzwyczajał się do jego obecności i chcąc nie chcąc z czasem zaczynał czuć się coraz to swobodniej. Stał bądź kładł się z wrodzoną dostojnością i słuchał uważnie tego, co do powiedzenia ma rozmówca.
Kiedy
nastała ostatnia wspólnie spędzona noc kozła sarny z nieznajomym o białych
włosach, Silyen nie wykazywał dobrego nastawienia w stosunku świata do niego
samego. Babka dostrzegała jego roztargnienie i brak większego wypoczęcia. Nocne
znikanie dawało się bowiem we znaki, również ciągłe pogrążenie się w rozmyślaniach
stawało się uporczywe. Absurdalnie mało rozumiał słów wewnętrznych, zatopiony w
innym świecie. Nic nie mogło umknąć ich uwadze. Nie wiedzieli jednak co stało
się przyczyną tak egoistycznego nastawienia, mętnego spojrzenia i
nieprzyjemnych sińców pod oczami młodego księcia. Wciąż jednak, jakoby omotany,
chodził w przyjemne dla niego miejsce. Zafascynowany nieznaną istotą,
całkowicie obcą, choć mówiącą i wykazującą zainteresowanie. Słuchając, mógł go
poznawać, choć wypowiadane słowa nie ujawniały niemal nic. Po zagłębieniu się w
nie, zaczynał rozumieć o czym mówi białowłosy. Wspominał czasy dla niego ważne,
poruszał wątki istotne, które już nie powrócą włącznie z życiem obcej dla
Silyena kobiety. Kim była i jaki związek z byciem potworem danego mężczyzny
miała? Tego nie mógł znaleźć w niekompletnych zdaniach. Wspominał o służeniu
panu, choć Silyen nie miał pojęcia czego się to tyczy. Gdyby był wyłącznym
niewolnikiem w innym zakątku, nie mógłby wędrować przez krainy i królestwa.
Kiedy
nieznajomy nasunął kaptur na głowę i zaczął niebezpiecznie, z nieodkrytymi
zamiarami, zbliżać się do księcia – młody mężczyzna nawet nie drgnął. Zwierzęce
nogi trwały w stanowczym bezruchu, a głowa nieco uniesiona ukazywała niezrozumiałą
majestatyczność stworzenia. W pewnym sensie chciał wywrzeć na nim swego rodzaju
wrażenie wyższości niegroźnego zwierzęcia, które próbuje okiełznać człowieka.
Po pewnym czasie, gdy oboje znajdowali się dostatecznie blisko, sarna oparła głowę
o bok mężczyzny, tak, że parostki ułożyły się wzdłuż linii jego ciała. Nie bał
się, jednak to nie o to chodziło w danym przesłaniu. Gest miał odpowiedzieć na
ważne pytanie białowłosego, mówił mu w tym czasie, że nie widzi w nim potwora,
osobę zagubioną, której z chęcią będzie słuchał. Przez pewien czas jeszcze,
zastanawiał się czy jeśli przeistoczy się, to zniechęci do siebie nieznajomego.
Przybywał tu dla zwierzęcia o mądrych oczach, dla sarenki, nie księcia całej
krainy. Czuł jak między kłębami sierści przelatuje niesforny wiatr, błądzący
między poszczególnymi wiązkami włosków i jak świszczy między parostkami. Pogoda
była tak przyjemna, deszcz nie padał, gwiazdy zostały całkowicie odsłonięte,
niebo pozbawione chmur. Cały gwiazdozbiór odbijał się w sarnich oczach
sprawiając, iż stają się jeszcze bardziej kojące i uspokajające. Wilgotne i
ciemne, wiecznie spokojne. Lekko uniósł lewą racicę i przegrzebał nią po
zielonej, pachnącej trawie. Ciepłe serce Silyena otwierało się dla takich jak
on. Wydawał się tak nieprzyjemnie smutny. Książę wiedział, jak niewielkie gesty
mogą zawirować w głowie zainteresowanych. Przy okazji, nie chciał również, by
było to ich ostatnie spotkanie. Czuł się dobrze w jego obecności, przyzwyczajał
się i nie miał zamiaru tego tracić. W pewnym sensie nie potrafił również
zrozumieć swojego postępowania, bowiem było ono lekkomyślne. Nazbyt ufał
ludziom, widział w nich coś co iskrzy swego rodzaju dobrem, pokładał nadzieje w
tym, że potrafi im pomóc, zmienić to co ich dręczy w coś, co zacznie cieszyć.
Nie brakowało mu zawzięcia i perswazji, której nie zawahałby się użyć. Można
określić go jako manipulatora w nieco łagodniejszym tego słowa znaczeniu.
Działał ku dobru, aniżeli bestialskim przekonaniom. Postanowił wstrzymać się
jeszcze choć ułamek sekundy, kiedy wyczuje zagrożenie – zmieni się i stawi mu
czoło, ale teraz, czuł zadziwiające ciepło płynące z ciała białowłosego.
Szeroko otwarte sarnie oczy, powoli zmrużyły się. Zmęczenie powoli go
ogarniało. Nie posiadał dostatecznie dużo snu w poprzednich dniach, a wszelkie
nieprzespane godziny kumulowały się. Atmosfera otoczenia wydała mu się
odpowiednia do chwilowego odpoczynku. Z drugiej strony chciał zatrzymać
nieznajomego.
[Drogi
Nieznajomy?]
[Ach,
nie martw się tym. To pozwoliło na kolejne przemyślenia.]
czwartek, 13 lipca 2017
Od Bezimiennego do Sarai'a

Szamocze się jednocześnie głośno dysząc. Trudno zdecydować który z nich ma większe szanse na powodzenie. Chłopak nie jadł od dwóch dni co oznaczało, iż energii ma jeszcze trochę w zapasie i raczej nie musi się tym przejmować. Jednakże mężczyzna najwyraźniej posiadał już jakieś doświadczenie w chwytaniu ludzi. Nagły szybko ruch i już był skierowany głową do dołu przez założoną dźwignię na rękę. Jeden ruch w złą stronę i ją złamie. Rzucił spojrzenie w kierunku pomalowanego mężczyzny który delikatnie się uśmiechał. Nie. To wyglądało bardziej jakby pokazywał kły. Jak wilki które walczą między sobą.
Tydzień wcześniej…
Wspinaczka na drzewo nie zabrała mu dużo czasu gdyż nabrał w tym niezłej wprawy. Siedział więc teraz w koronie zrywając jabłka którymi się zajadał. Trzy schował do tobołka na tak zwane “później”. Zjadał je całe razem z ogryzkiem i pestkami, zupełnie jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Było jeszcze widno ale uznał, iż jeszcze może sobie pozwolić na trochę frywolności. W końcu raczej nikt tak wcześnie nie wstaje. Poczuł ukłucie w lewym barku. To samo co wczoraj i przedwczoraj. Wgryzł się w jabłko i przeżuwając biegał wzrokiem dookoła. Pobliskie krzaki? Zbyt oczywiste. Może więc to domostwo które mijał? Zbyt daleko. Nie wiedział dlaczego posiadał to głupie uczucie, iż jest obserwowany skoro nie potrafił nikogo znaleźć za to odpowiedzialnego. Nienawidził niekomfortowych sytuacji. Wgryzł się w jabłko i zastygł w bezruchu. To nie mogli być Oni, prawda? Podniósł się delikatnie sprawiając, iż jabłko wypadło mu z dłoni. Nie. Ale na wszelki wypadek zeskoczył z drzewa i ruszył sprintem głębiej w las. Ku schronowi gdzie bezszelestnie się porusza.
Aktualnie…
Chłopak nie pozostaje dłużny i warczy gardłowo. Jednakże mężczyzna najwyraźniej na to liczył gdyż nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Odsapnął cicho. - Dlaczego niby Oni Cię chcą? - słysząc to krótkie zdanie nagle zamarł. Oni? Czy Oni dali mu zlecenie na złapanie go? Jego serce na krótki moment przestało bić a przez jego głowę przetoczyły się krwawe obrazy tego jak skończy gdy tylko dostanie się w ich ręce. Dostanie karę. Jaką jedną. Będa go karali dzień w dzień. Tym razem zabiją go. Tym razem pozostawi po sobie jedynie pustą skorupę skąpaną we krwi. Próbował się szarpnąć lecz ból w ręce na którą mężczyzna założył dźwignię skutecznie go przed tym powstrzymywała. Usłyszał jak wzdycha z dezaprobatą. - Uspokój się. Stoczyłeś dobrą walkę ale ją przegrałeś.
Cztery dni wcześniej…
Biegnie. W lewo. W prawo. Zaciera za sobą ślady. Dobrze mu się wydawało, iż ktoś go śledzi. Ktoś zostawia za sobą ślady które on potrafi odczytać. Dlaczego mu się przygląda? Sprawdza go? A może czeka na nadarzającą się okazję? Kiedy chłopak będzie najsłabszy? Wbiegł sprawnie na drzewo i znieruchomiał na gałęzi, wpatrując się w smolistą noc. On tu był. Jego oczy delikatnie zalśniły szkarłatem. Może to znów jego dziwne przeczucie? Może to tylko paranoja przez Nich? Przecież nie zniżyliby się do jakiegoś łowcy głów, nieprawdaż? To oznaczało, iż później gdyby przyprowadził chłopaka do nich musieli by go zabić. I zapewne rozkazali by to zrobić chłopakowi którego chwilę wcześniej pojmał. W lesie powoli się rozjaśniało. Ach, słońce wstaje. Pozwolił sobie na to aby zadrzeć głowę do góry. I nagłe uderzenie szumu zwierząt naokoło które obudziły się do życia. Tak oto nadchodzi życie. Zamknął powoli oczy oddając się snowi. Swoim koszmarom. Bo tam gdzie budzi się życie, śmierć zagłębia się we śnie.
Aktualnie…
Jego słowa echem odbijały się w jego głowie. Przegrałeś. Poczuł jak jego blizny palą wręcz żywym ogniem. Nie. Widział te błyski stali. Czuł ten zapach medykamentów którymi go faszerowali. Jego wzrok stał się tępy. Wpatrzony w ziemię. Mężczyzna uznał to za pogodzenie się z porażką. Cichy śmiech i trzask łamanych kości. Nie. Oni znowu Cię zakują. Walcz. Gryź. Rób to do czego się stworzyli. A obietnica? Pieprzyć obietnicę. Teraz masz szansę wykorzystać to co tak skrzętnie hodowali. Wypuść potwora. Uwolnij bestię. Tak. Tak. Cicho pod nosem wyszeptał. - Nie… - mężczyzna podniósł jedną brew do góry jednak nie przejął się tym zbytnio. Wtedy chłopak gwałtownie podniósł na niego oczy i już głośniej powiedział. - Nie. - jego oczy jakby trochę się zmieniły. Jakby były bardziej rozbiegane. Bardziej dzikie. Pewne siebie. Nieobliczalne. A przede wszystkim. Groźne. Tak wyglądały oczy osoby która jest jedną z najniebezpieczniejszych. Tej która nie ma nic do stracenia.
Dwa dni wcześniej…
Widział go dzisiaj. Zastawił na niego pułapkę co uznał wręcz za obrazę swojej osoby. Chociaż ile ten mężczyzna mógł o nim wiedzieć? Na pewno naopowiadali mu, iż jest zwierzęciem. Albo jakimś nieokiełznanym… Potworem? Potrząsnął delikatnie głową i przyjrzał się pułapce. Pośrodku znajdował się kawałek chleba. Mężczyzna dobrze wiedział, iż chłopak nie jada zbyt często. Mądre posunięcie. Ale to również pokazywało, iż nie wie zbyt dużo o samym chłopaku. Zręcznie przeskoczył nad sidłami i w locie zgarnął kawałek chleba, sprawiając iż pułapka nawet nie drgnęła. Schował chleb do tobołka pozostawiając go na inną okazję. Wstał i wyprostował się wręcz wyzywająco. Czuł jednocześnie strach jak i adrenalinę. Działo się coś na czym się znał lecz jednocześnie ta nadchodząca walka mogła być jego ostatnią. Bo to przecież oczywiste, iż do tego to zmierza, nieprawdaż? Teraz zachowują się jak para wilków która krąży w kole, łypiąc na siebie groźnie. Jeden wie o drugim lecz czekają. Sprawdzają który z nich pierwszy się potknie. Chłopak rusza lekkim truchtem przed siebie.
Aktualnie…
Otwiera szerzej oczy gdy próbuje się obrócić lecz tak jak i wcześniej silny uścisk mężczyzny uniemożliwia mu to. Pomalowany mężczyzna odzywa się spokojnym głosem. - Już Ci mówiłem. Przegrałeś. - zaczął coś grzebać przy swym pasie, najwyraźniej szukając sznura którym go spęta. Jak bydlę. Jak Potwora którym jesteś. Krzyknął tym razem z pomrukiem. - Nie! - ponowił próbę obrócenia się na którą mężczyzna nie zareagował. Odwrócił się dopiero gdy usłyszał narastający trzask. Dosyć charakterystyczny. Gdyż kość pęka i przebija się przez skórę w dosyć charakterystyczny sposób. Spojrzał wprost w te delikatnie karmazynowe tęczówki. Szeroko otwarte oczy na których nie widniała żadna z emocji. Jego oczy były dzikie. Rozbiegane. Ponownie krzyknął lecz tym razem już trudno było nazwać to krzykiem człowieka. Bardziej podpada to pod ryk. I to mocno zdenerwowanego zwierzęcia. Chłopak gdy złamał swoją rękę którą trzymał mężczyzna skorzystał z chwili jego zaskoczenia po czym wybił się do góry wraz z uniesionym kolanem. Uderzył nim w brzuch, dosyć dotkliwie. Krzyknął. - Nie wrócę do nich! Nie! Nie wrócę tam! - gdy mężczyzna puścił go pod wpływem uderzenia odskoczył na pewną odległość. Stał w rozkroku, przygarbiony, dysząc ciężko niczym po maratonie. Mężczyzna również dyszał. Oboje trwali na przeciw siebie gdy chłopak ponownie krzyknął niemalże rykiem. - NIE BĘDĘ WIĘCEJ ICH POTWOREM! - odchylił się do tyłu pozwalając słońcu ogrzać tylko jego przód. Wyglądało to zupełnie tak jakby oblekał się w ciemność. Gdy na nowo spojrzał na mężczyznę najwyraźniej już trochę się uspokoił. Ważył w głowie wiele opcji. Dodał pół rykiem pół mową. - Nie będę więcej zabijał w ich imieniu. Nie mają nade mną kontroli. Przekaż im to. - chłopak zdawał się nie zwracać uwagi na swoją złamaną rękę i cieknącą po niej krew. W tym półmroku wyglądało to tak jakby wyciekała z niego ciemność. Oczekiwał na odpowiedź mężczyzny wciąż trwając w pozycji do ataku.
[Pomalowany mężczyzno?]
(Zrodziło się oto i to. Podoba mi się. Prosze bardzo - baw się dobrze~)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
