czwartek, 12 października 2017

Od Sarai'a do Ahmanet



Zaśmiał się w duchu, słysząc komentarz dotyczący jego oczu. I ciała. Oddał jej sukienkę uśmiechając się złośliwie. No cóż, on przynajmniej zdążył się napatrzeć. Reszta miasta nie będzie miała tego luksusu.  Może jeszcze zdoła się zabawić z czarodziejką, zanim dostanie za nią pieniądze.
Oddał jej pocałunek, licząc na więcej. Pewno oczekiwała, że zdoła się tym odkupić.  Spotka ją niemałe rozczarowanie. Zaprowadził ją do wierzchowca, a ta nie protestowała. Uniósł brew, zerkając na nią zdziwiony. Chyba nie zakładała, że zawiezie ją do jakiejś karczmy, żeby tam ją posiąść? Prychnął.
Potem wszystko potoczyło się szybko.
Potknęła się o stertę łusek pokrytych krwią. Nic istotnego dla Sarai'a, łuski jak łuski. Śmierdzą rybą i gniją - cała filozofia. Blondynka jednak wpadła w panikę - zaczęła coś majaczyć o siostrach, objęła go gdy chciał ją chwycić, a na koniec wyrwała się w wskoczyła do wody, każąc mu czekać.
Sarai, był, krótko mówiąc, skonfundowany i oszalały z wściekłości. W ostatnim momencie powstrzymał się przed posłaniem ognia na najbliższą okolicę. Pożar w tak suche lato nawet dla maga ognia byłby niebezpieczny. A przecież są inne sposoby by się uspokoić.
Zgrzytnął zębami i obrócił się na pięcie. Potrzebował się cholernie napić. I może zabić kogoś w karczmie podczas bójki.

poniedziałek, 9 października 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Nie wiedział kiedy ma sobie pójść. Żując kolejny kawałek chleba również spojrzał w kierunku rzeki która mieniła się teraz kolorami zachodzącego słońca. Pamiętał dobrze jak pierwszy raz widział taką rzekę w tych niesamowitych barwach. Lubił gdy było bardziej czerwone, zaraz gdy miało schować się za krańcem horyzontu. Nie wiedział dlaczego ale czuł się wtedy bezpiecznie. Coś jak schron który może wszędzie ze sobą zabrać. To oczywiście nie pozwoliło zapomnieć mu, iż obok niego siedzi mężczyzna który potrafi zmienić swoją postać. W jednej chwili może z nim rozmawiać by w następnej kłapnąć zębiskami. Chleb pomimo tego, iż był czerstwy dosyć szybko zniknął w jego żołądku. Wtedy powrócił wzrokiem do gospodarza który wzruszył ramionami na jego odpowiedź. "Kiedy chcesz". Biegnij już teraz. Opuścił trochę wzrok aby spojrzeć na kubek wyciągnięty w jego stronę. Wziął go niepewnie i powąchał zawartość. Pachniało jak zepsute owoce przez co zmarszczył brwi. Ale skoro on to pił to chyba nie było tak złe, nieprawdaż? Przechylił kubek i spróbował kwaśnej cieczy. Natychmiast odsunął kubek od ust z grymasem na twarzy. Odłożył kubek obok na ziemię wciąż mieląc językiem w próbie pozbycia się kwaśnego smaku. Może nie umiał tego pić? Pokręcił delikatnie przecząco głową jakby do samego siebie. Oparł swoje ręce o kolana by następnie oprzeć o nie głowę wpatrzoną w ryby. Kiedy nastąpi chwila, iż będzie musiał odejść? Siedzieli oboje pogrążeni w ciszy ale nie przeszkadzała ona żadnemu z nich. Była... potrzebna. Chwila rozprężenia powietrza które było przesycone ludzkimi głosami. Gdy ciemnowłosy podszedł do ryb jasnowłosy automatycznie odsunął się delikatnie. Przyglądał się z uwagą co się dzieje z rybami jak i warzywami. Gdy dostał swoją część wraz z ostrzeżeniem wpatrywał się w rybę przez dłuższą chwilę. Co to były ości? Prędzej zazwyczaj łykał mniejsze ryby w całości. Mężczyzna odezwał się zupełnie jakby czytał w jego myślach przez co podniósł na chwilę oczy na rozmówcę. Potaknął ponownie głową z wdzięcznością. Powrócił wzrokiem do swej potrawy. Najpierw niepewnie dotykał ją palcem i spoglądał co jakiś czas w kierunku gospodarza. Nie dlatego, iż obawiał się ataku z jego strony. Tym razem było to spowodowane brakiem wiedzy w sposobie radzenia sobie z przyrządzoną już rybą. Próbował go mniej więcej naśladować. Wraz z pierwszym kęsem ryby wyraźnie się ożywił. Nie smakowała mułem jak prędzej gdy próbował je zjeść wprost z kosza. Różniło się też od jabłek czy chleba. Było... inne. Ale dobre.  Gdy po paru pierwszych ościach już połapał się co i jak, jadł bez patrzenia na gospodarza. Chyba pierwszy raz od kiedy opuścił to miejsce miał coś ciepłego w brzuchu. Sprawiło to, iż jego twarz jakby się rozpogodziła czy też rozjaśniła. Nie zauważył kiedy jego towarzysz skończył swój posiłek a na jego pytanie potaknął energicznie głową nie przestając jeść. 
Gdy skończył skłonił się dosyć głęboko. Wyprostował się ponownie i wrzucił ości do ognia. Nie zostawiaj po sobie śladu. Wpatrywał się jak płomienie pochłaniają resztki z uczty. Wtedy usłyszał pytanie na które gwałtownie odwrócił się w stronę mężczyzny. Wyraźnie spoważniał (o ile to możliwe) a jego wzrok wydawał się bardziej odległy. Kolejne pytania sprawiły, iż jego oczy wydawały się teraz bardziej dzikie. Zwierzęce. Tak. Jak osaczonego zwierzęcia. Zastygł w bezruchu jakby kalkulując wszystkie za i przeciw. Ile on mógł wiedzieć? Skąd wie? Oni wszędzie Cię znajdą. Zaczął błądzić wzrokiem z lewej na prawo jakby szukając drogi ucieczki. Jednak przemówił głos rozsądku który ostatnio często mu pomaga. Czy jeśli znał by ich... to czy potrafił by być taki? Jego oddech wyraźnie przyspieszył lecz serce wciąż biło tym samym wolnym rytmem. W końcu poruszył się prostując lecz wciąż nie odrywając wzroku od mężczyzny. Odezwał się swoim zachrypniętym głosem. 
- Nie mam imienia. A jeśli je miałem to nie ma nikogo kto by je pamiętał. - na chwilę zamilknął marszcząc przy tym brwi. Jeśli on naprawdę został przez nich wysłany? Zabij go. Zacisnął dłonie w pięści i ponownie się odezwał, odpowiadając na dosyć ważne pytanie. 
- Nie wiem co to niewolnik. Ale tak. Moi właściciele wciąż próbują mnie odzyskać. - skoro mężczyzna do tej pory odpowiadał na jego pytania to chyba jasnowłosy również mógł odpowiedzieć, nieprawdaż? Napiął większość swoich mięśni. Odezwał się cicho. 
 - Nie martw się. Wyruszę przed świtem więc nie powinieneś mieć kłopotów. - w jego głowi toczyła się walka pomiędzy bezpieczeństwem a obietnicą złożoną Elen. 

[*^* Ja żyję! xD]

sobota, 7 października 2017

Od Thirry cd. Alur


     Schyliła się, znowu zamaczając materiał w lodowatej wodzie. Czerwona plama soku z berberysu nie chciała zejść.
    - Zaraza by to… - westchnęła, ocierając czoło nadgarstkiem.
     Świeciło mocne słońce, jasne promienie przedzierały się przez gęste drzewa i padały na jej blade plecy. Grzała się w jego przyjemnym blasku, tak bardzo tęskniła za ciepłymi porankami. Wreszcie nadeszło lato. Nie musiała już nosić swojego skórzanego płaszcza, wystarczyło, że miała na sobie swoją zwiewną, bawełnianą koszulę z głębokim wcięciem na plecach. Spodnie zostawiła na brzegu, nie chciała ich zmoczyć. Lodowata woda oblewała jej nagie kostki, czuła pod stopami śliskie kamienie. Znowu schyliła się, by zamoczyć materiał. Plama wciąż nie dawała za wygrane.
     - Przecież nie mogę chodzić w takiej koszuli – westchnęła, przyglądając się uważnie czerwonemu fragmentowi na rękawie. - Trudno, do wyrzucenia. W kolejnej wiosce kupię nową...
     W tym momencie przypomniała sobie, że przecież nie miałaby za co. W wioskach, które jak dotąd mijała, nie akceptowano elfickiej waluty. Widać czarne kamienie obsydianu nie miały dla ludzi żadnej wartości. Pełna sakiewka żałośnie leżała na brzegu, do niczego nie zdatna. Thirra postanowiła, że poplamioną bluzkę mimo wszystko zachowa, by w razie potrzeby zrobić z niej opatrunek.
     Ostrożnie stawiała kroki w lodowatej wodzie, trzęsąc się z zimna. Czuła, że od tyłu grzeje ją słońce, a mimo to przeszywał ją niemiłosierny chłód. Jej uda posiniały, zmieniając swą alabastrową biel na przerażająco blady odcień szarości. Zatrzymała się przy stromym brzegu. Najpierw położyła na suchej trawie mokry materiał, dbając, by równomiernie się rozłożył i każdy jej skrawek oświetlało ciepłe słońce. Przesunęła ją ciut w prawo, z pedantyczną dokładnością. Tutaj nie dosięgały żadne cienie drzew porastających polanę. Zadowolona, podciągnęła się za wystający z brzegu kamień i położyła na nim stopę. A przynajmniej taki miała zamiar, bo zmarznięte stopy odmówiły posłuszeństwa i elfka natychmiast straciła równowagę.
     Przeszywający pisk zagłuszył chlupot wody. Z pobliskich drzew zerwały się ptaki, coś niespokojnie poruszyło się w krzakach, gdzieś w oddali pogalopowały kopyta. Elfka zażenowana i przestraszona zakryła usta dłonią, była pewna, że usłyszano ją nawet po drugiej stronie granic Drothaer. Po chwili przerażającego bezruchu, ciszy i nasłuchiwania, zdecydowała się wstać. Pojękując, podniosła się na kolana. Odgarnęła mokre włosy i wstała. Jej lewy nadgarstek przeciął jakiś kamień, po ręce spływała mała strużka krwi rozpuszczonej w wodzie.
     - Bloede Arse! - wymamrotała przekleństwo pod nosem, przykładając małą rankę do ust.
     W tym momencie zamarła. Otworzyła szeroko przestraszone, cytrynowe oczy i natychmiast odkręciła głowę. Przecież gdy upadła, w krzakach za nią coś zaszeleściło. Nie zobaczyła jednak nic, może tylko jej się przesłyszało? W końcu wiatr dzisiaj... Nie. Dzisiaj nie było wiatru. Niespokojnie, w kulawych susach doskoczyła przez rwącą wodę do brzegu. Czekał tam na nią jej łuk.
     Znów chwyciła ten przeklęty kamień, już chciała postawić na nim nogę, gdy tuż obok ucha usłyszała ciche warczenie. Zachłysnęła się powietrzem, puściła brzeg, po raz drugi wylądowała w wodzie. Z suchego lądu patrzył na nią wilk o futrze koloru piasku. Miał przynajmniej dwa metry w kłębie, z pewnością nie pochodził z tutejszych lasów. Nie był też zwykłym, dzikim zwierzęciem. Jeśli na nią polował, dlaczego wciąż jeszcze się na nią nie rzucił? Jeśli jednak nie chciał jej zabić, dlaczego czaił się w krzakach, zamiast zwyczajnie odejść?
     Może bał się wody, pomyślała, gdy wilk nagle odwrócił się od niej i zniknął za krawędzią brzegu. Po trzeciej próbie elfka wydostała się wreszcie z rzeki, co prawda poobijana i cała mokra, lecz wreszcie na suchym lądzie. Tutaj zobaczyła, że zwierzę naprawdę było olbrzymie, znacząco ją przewyższało i mogło zabić jednym kłapnięciem pyska. Wciąż jednak tego nie zrobiło. Dlaczego?
     Ostrożnie zebrała swoje rzeczy, gdy zwierzę przyglądało się jej łukowi. Zmieniła bluzkę na tę poplamioną, lecz suchą i założyła resztę odzieży.
     - Znasz starszą mowę? Albo język współczesny? - zapytała, a wilk natychmiast odwrócił łeb w jej kierunku.
     Najprawdopodobniej była to tylko reakcja na jej głos, przecież jej nie odpowiedział. Był tylko wilkiem. Od rzeki przypłynął lekki podmuch zimnego powietrza, bestia uniosła pysk, łapiąc górny wiatr. Położyła po sobie uszy i usiadła. Thirra poczuła się trochę pewniej i spróbowała przejść obok wilka, żeby zgarnąć resztę swoich pakunków. W tym momencie groźnie zawarczał, podniósł zad i nastroszył grzbiet.
     - N-no dobrze! Już! - cofnęła się i stanęła w miejscu. - Już się nie ruszam.
     Wilk znów usiadł. Przekręcił głowę i z zaciekawieniem spoglądał na nią zielonymi oczyma. Efka zrobiła krok do przodu, wilk pokazał kły. Cofnęła nogę, schował kły.
     - Aha... - zmrużyła oczy w zastanowieniu. - Nie pozwolisz mi wziąć moich rzeczy? A ubrania to już ci nie przeszkadzały – prychnęła.

<Ass? B) >