wtorek, 24 stycznia 2017

Od Silyena do Edany



Naprawdę cieszył się, że w momencie zbliżenia się dziewczyny do niego, miał na sobie kaptur. Krył jego zmieszanie i przy okazji znaczne niezadowolenie. Młoda dziewczyna wydawała się być zbyt pewna siebie. Jednak podczas tej sytuacji nie mógł za bardzo zareagować, bowiem wszystko trwało dosłownie chwilę. Spodziewał się dziwnych występków z jej strony, jakiejkolwiek kradzieży, ale nie tego. Nie mogła wiedzieć kim jest nieznajomy, co skrywa pod cieniem nakrycia głowy. Stał więc w miejscu pozwalając, aby wiatr wiał w jego plecy, zwijając pelerynę z drugiej strony w rulon, jakby chcąc okryć nią księcia. Złość oblała go jednak, kiedy rudowłosa szybkim i bardzo zwinnym ruchem odebrała mu jego cenny sztylet. Należał do tych sentymentalnych, pomijając jego cenę w pieniądzu. Taki krok był jednym z najgłupszych jaki mogła popełnić młoda Draconka. Jeśli ktoś skrywa swoją twarz, za wszelką cenę nie chcąc zdradzić swojej tożsamości, to najprawdopodobniej nie warto z nim zadzierać. Nie wiadomo bowiem, na kogo można trafić. Tak czy inaczej, kiedy zaczęła odbiegać od niego, nie miał zamiaru jej gonić i biegać niczym poparzony. Dobrze wiedział co się dokładniej wydarzy, a potem jedyne czego mógł oczekiwać, to przeprosin. Niestety nic nie poszło po jego myśli. Jako nieznajomy, był nikim i poprzez swoją drugą, prawdziwą twarz, nie mógł pozwolić sobie na pościg, aczkolwiek to nie zmieniało jego nastawienia. Książę zwykłym krokiem jął podążać śladem dziewczyny, ale ukradkiem rozejrzał się, słysząc ryk, a potem krzyki tłumu. Stricte, dziewczyna urządziła duże zamieszanie, po którym zapewne połowa targowiska ją zapamięta. Przez myśl przeleciało mu pytanie, na temat tego, jak ma zamiar kontynuować swoją złodziejską karierę, skoro tak naprawdę nikt nie pozwoli się jej już zbliżyć do straganów, doskonale wiedząc kim jest. Nie było mu jej jednak żal, bowiem sama sobie na to zapracowała. Westchnął pod nosem, gdy z tłumu wybiegł rozryczany stwór, jak się domyślił, wierzchowiec rudowłosej. Ku jego zdziwieniu posiadał trzy łapy, a także nie mógł zlokalizować oczu i nosa istoty. Zastanawiał się przez moment, gdzie podziały się jego narządy, bowiem głowa przypominała jedynie dziwną wycinaną serwetę. Chciał przyjrzeć mu się z bliska, jednakże rozpędzony nie zatrzymał się nawet na chwilę, jedynie zabierając ze sobą dziewczynę, by gnać dalej. Książę szedł z nimi, gdy ludzie rozchodzili się na boki, aby nie zostać staranowanymi. Kaptur wciąż przyodziewał jego głowę, a peleryna falowała na wietrze w takt wciąż dostojnych kroków. Po krótce rozległ się kolejny ryk stworzenia, a także dostrzegalny był jego wystrzał w górę, niczym dębujący koń, który czegoś się wystraszył lub zwyczajnie odmówił posłuszeństwa. Czarnowłosy jegomość, wiedział jednak co wydarzyło się przed uciekinierami. Poczuł to głęboko w sobie, a także był świadom konieczności. Nie można odczytać i opowiedzieć logicznie o systemie porozumiewania się, jaki występował pomiędzy Silyenem al. Terhalem. Dlatego książę nie lubił o tym opowiadać. Głównie sam polegał na logice i sprycie, a jeśli coś było wyzwaniem, stawał mu naprzeciw, byleby udowodnić to, że wyjaśnienie czegokolwiek jest możliwe. On sam rozumiał to co ich łączy, jednak mało kto, mógłby pojąć to w taki sam sposób jak młody mężczyzna o przenikliwym, szarym spojrzeniu. Dokładnie naprzeciw rudowłosej i jej wierzchowca siedział lis o dziewięciu ogonach. Ganiącym, ale nad wyraz spokojnym spojrzeniem wpatrywał się w stworzenie, na którym siedziała Draconka. Tak, jakby wywoływał u niego duży respekt, a także wymagał posłuszeństwa i uległości. Pokazywał to, że on stoi nad nim, że jest silniejszy i o wiele bardziej dumny. Wywierał presję. Jego ogony były rozłożone tuż za grzbietem, tworząc puszystą zasłonę, której sierść powiewała niesiona bryzą. Książę również wiedział już, że dziewczyna łączy wątki, kiedy to poklepywała stworzenie, by to się uspokoiło. Obawiał się jedynie, jak ludzie zaczną go postrzegać, kiedy dowiedzą się, że okradziono księcia. Wszystko można było załatwić bardzo cicho, bez gapiów w pobliżu, bez żadnego widowiska. Jak widać, dziewczyna nie należała do takich. To wpływało na jego reputację w okręgu mieszczan. Kto bowiem, chciałby mieć króla, którego okradła zwykła mieszczanka, która w wolnych chwilach przeistaczała się w łotra buszującego po targowisku. Defacto młody mężczyzna stanął za parą i spojrzał na nich piorunująco, czego dojrzeć jeszcze nie mogli. Początkowo wystawił jedynie otwartą dłoń, dając do zrozumienia to, że czas na zwrócenie jego własności. Ludzie wkoło domyślali się już tego, kto kryje się pod zasłoną szkarłatu, a on czuł na karku straż królewską, której tak bardzo chciał tego dnia uniknąć. Na chwilę czas jakby się zatrzymał, kiedy Terhal siedział naprzeciw zbrodniarki, a książę z wyciągniętą dłonią stał za nią. Prawdopodobnie biła się z myślami.
- A teraz pomyśl, czy to wszystko miało sens i czy na pewno ja odebrałem to jako zabawę. – powiedział spokojnie, a dziewięcioogonowy lis podniósł się z siadu i stanął tuż obok księcia w płaszczu.
Dłoń szlachcica uniosła się do nakrycia głowy i jednym ruchem zdjęła go. Sarnie uszy wyprostowały się niczym wystrzelone z procy, a piorunujący wzrok od razu zetknął się z tęczówkami rudowłosej Draconki. Tego niestety nie mógł jej odpuścić. Kara należała się praktycznie każdemu zbrodnialcowi, który zrobił coś z własnej woli, w sposób świadomy zgrzeszył przed Czterema. Ciemny warkocz pod wpływem podmuchu wiatru, przeniósł się na prawe ramię dwudziestopięciolatka. Ludzie przykładali dłonie do ust, wydawali zdziwione i zdumione odgłosy. On jednak doskonale wiedział, że za parę chwil zjawi się tutaj straż. Tak samo jak i wiedział, że przez pewien czas nie będzie mógł wychodzić z zamku, do momentu, kiedy cała sprawa nie ucichnie. Nie było mu to w smak, jak można się domyślić. Jak raz, nie zwracał teraz uwagi na nic, na ludzi, na śnieg i pogodę. Wzrokiem wciąż tkwił w dziewczynie. Zanim jednak rudowłosa zdołała oddać sztylet księciu – otoczył ją i jej wierzchowca – niewielki oddział strażników. Książę opuścił dłoń z cichym prychnięciem, zły na całą sytuację. Dawno już nie denerwował się w taki sposób. Jeden ze strażników ściągnął dziewczynę siłą z wierzchowca, reszta natomiast ze skierowanymi w niego włóczniami, stała nieruchomo, zamykając okrąg. Reagowali bardzo szybko, jednak dla większego bezpieczeństwa towarzysz Silyena co jakiś czas spoglądał w stronę niezidentyfikowanej istoty.
- Dlatego powiedziałem ci, że kradzież nigdy nie popłaca. Ty jednak zlekceważyłaś słowa zakapturzonego przechodnia, zachowując się egoistycznie. Bogowie pokazują ci teraz, jak źle postąpiłaś. A teraz oddaj to, co sobie przywłaszczyłaś. – spojrzał na nią z niepodobną do siebie wyższością.
Nie zachowywał się tak, nie zawsze, jedynie kiedy tego potrzebował, kiedy sytuacja czegoś wymagała. Doskonale potrafił wziąć się w garść, wiedział kiedy granice się kończą, kiedy trzeba stać się o wiele poważniejszym i zdać sobie sprawę z powagi zdarzenia. Nie był jedynie lekkomyślnym zmiennokształtnym. Skądże, nie tego go w końcu uczono. Strażnik w lśniącej, dobrze wykonanej, trwałej zbroi z wygrawerowanym na niej herbem rodu Talishaarów wciąż przytrzymywał złodziejkę, co by nie próbowała uciec, bowiem żarty skończyły się już wtedy, gdy została ujawniona tożsamość księcia. Wydawało się, że Terhal łypie na niego lisimi oczyma, jakoby pochwalał jego zachowanie, wciąż falując ogonami na wietrze. 

[Edano?]

You say there were no people. Smoke was spreading.

Na'vescane Sarai
Dziki jeździec z Południowych Kresów ||Mag ognia||Człowiek||32 lata||Aktualnie; Łowca Głów

Ikiĉze

waon kon
Wychowany na wojownika. Dokładniej; łucznika, jeźdźca. Jego prawdziwe zdolności objawiły się niespodziewanie. Nie wspomina przeszłości, zapytany, odpowiada krótko i sarkastycznie, że po przeszłości zostały jedynie popioły, do których nie chce wracać. Do Drothaer trafił tropem jednego wysoko opłacanego zbiega z Talind, którego, pomimo długich poszukiwań, nie udało mu się schwytać. Nie wrócił wtedy do poprzedniego kraju, a postanowił osiedlić się na chwilę w jednym Królestwie. Osiedlenie w jego przypadku oznacza częste podróże pomiędzy miastami, zależnie, jak zlecenia i zleceniodawcy go poprowadzą.

he wana
henala yelo

Pomimo wieloletnich podróży i widocznej awersji do swojej historii Sarai zachował tradycję swojego ludu. Nadal niezmiennie maluje twarz w kolory plemienia. Nadal ubiera się w skóry, pozwalające na swobodę ruchów, jednak nie zapewniające prawie żadnej ochrony, nadal dba o koralikowe naszyjniki i nadal we włosy wpina pióra - coraz rzadziej ostatnimi czasy, ale nadal.
Cała jego aparycja powoduje, że jest łatwo rozpoznawalną i dobrze zapamiętywaną osobą. Dziwnie ubrany człowiek, niewysoki i szczupły, o długich, splecionych częściowo w warkocze włosach, śniadej cerze i brudno-bursztynowych oczach. Jednym słowem, dziki.

he iyotiye
kiya waon.


Można go łatwo zapamiętać. Nie dba o to, żeby być niezauważonym. Właściwie, zachowuje się, jakby o rozgłos mu chodziło. Przecież, im więcej osób o nim usłyszy, tym większe szanse na opłacalne zlecenie.
Błyskotliwy i inteligentny, przez większość czasu w ciszy obserwuje otoczenie. Nie jest typem osoby, która inicjuje rozmowy. Zaczepiony, odpowiada odważnie i bez skrupułów. Mówi krótko i zwięźle, szybko dobierając słowa. Nie boi się, nie zważa nawet na konsekwencje. Nie ma, według niego, sytuacji z której nie znalazłby wyjścia. Co jest w większości przypadków słuszną ideologią.
Sarai jest człowiekiem ciekawym odmiennej kultury, łaknącym wiedzy i przyswajającym ją z łatwością. Jednak, nie jest to spokojna ciekawość. Gdy chce zdobyć informacje, zasady moralne nie mają dla niego znaczenia. Wyznaje zasadę; po trupach do celu.
Największy problem, jaki miał z przystosowaniem do życia na północy, to różnorodność ras istot, jaka istnieje w tej części kontynentu. W jego rodzinnej krainie można było spotkać jedynie ludzi. Smoki z legend darzono szczególną czcią. Natomiast na północy widziane one są jako bestie, a ich potomkowie, draconi, chodzą pomiędzy resztą istot, nieraz kradnąc czy walcząc o jedzenie. Stracił przez to całkowicie szacunek do wszystkiego, co związane z ludźmi. Ludzkie życie straciło znaczenie. Stał się przez to bezlitosny, jakby pozbawiony ludzkich uczuć. Wtedy nazywanie go Dzikim nabrało nowego znaczenia.
Sarai  jest spostrzegawczy. Doskonale zauważa nawet delikatne i drobne sygnały werbalne innych istot, dzięki czemu często też udaje mu się przejrzeć kłamstwo. Umiejętność odczytywania znaków werbalnych przydawała mu się zwłaszcza w momentach, gdy nie udawało mu się pokonać bariery językowej z rozmówcą. Początki jego nauki nowego języka były dla niego, jako osoby z natury bardzo dumnej i wysoko ceniącej swój honor, niezwykle niezręczne i kompromitujące. Te sytuacje wbrew pozorom, wcale nie nauczyły go cierpliwości. Nadal jest zawsze na granicy gniewu, gotów, by w każdej sytuacji rozpocząć walkę. Zbyt pewny siebie i dumny, nie zna strachu. 
Nie szuka  przyjaciół. Jako Łowca Głów skupia się na jedynie opłacalnych zleceniach. Poszukuje i odławia istoty, za którymi pościg zapewni mu także rozrywkę. W swoim zajęciu znajduje przyjemność, bawi go uczucie ryzyka i adrenalina buzująca we krwi. Wiele jego zachowań przejawia tendencję do niebezpieczeństwa, uwielbia, ku niezadowoleniu karczmarzy i karczmarek, bawić się ogniem, wezwanym na opuszkach palców. Do tego wszystkiego jeszcze odznacza się wisielczym poczuciem humoru. Cudownie, po prostu.


Cytaty: Tytuł; Pieśń Plemienia Navajo; There are no people
W treści: Pieśń Siedzącego Byka;
Wojownikiem byłem.
Teraz wszystko skończone.
Ciężkie czasy nastały.
Mail: tokalu@op.pl
GG: 49932658
Howrse: Reyne




Od Edany do Silyena #2

Ciężko było stwierdzić emocje, jakie nią w tamtej chwili targały. Przyglądała się mu, oczekując odpowiedzi, jednak spotkała się jedynie z milczeniem i dość dziwną, ciekawą reakcją. Czuła na sobie jego wzrok i mimo, że nie widziała nic poza ludzkimi ustami, wiedziała, że nie jest on do końca człowiekiem. Czuła to, a umieć wyczuwać musiała, bo inaczej w tej branży nie dałoby się żyć. Zmarszczyła brwi ponownie, gdy zobaczyła gest jego dłoni, która najpierw spoczęła na materiale kaptura i zaciągnęła go jeszcze bardziej na nieznajomą twarz, a następnie spoczęła przez jakiś czas nieruchomo w powietrzu, ukazując stragan właściciela skradzionego królika. Wiedziała, co to znaczy i nie podobało jej się to. Wiedziała, co o niej sobie myśli zakamuflowany jegomość i chciałaby mu wiele rzeczy wytłumaczyć, ale nie było na to szans. Uważała, że takich ludzi jak on bardzo trudno jest zmienić. Bardzo trudno uświadomić im o istnieniu czegoś poza pryzmatem świata, który widzą. Większość ludzi i innych ras uznawała, że złodziejstwo to taka łatwa fucha, że wszystko ma się od razu, po łatwiźnie, bo się nie chce. Jednak to nie były czasy, gdy robiło się coś złego komuś i ten ktoś grzecznie czekał na roztrzygnięcie problemu w u króla, o nie. Tutaj każdy wykazywał samosąd. A jak się trafiło na bardzo pamiętliwego delikwenta, to trzeba było uważać na każdy skrawek swojego ciała, co by przypadkiem strzałą nie dostać podczas zwykłego spaceru po słonecznych ulicach. Bo każdy sądzi, że złodzieje to szumowiny z okropnym sercem, które nie widzą nic poza materializmem ich łupów i jeszcze się z tego cieszą. To nie wyglądało tak, przynajmniej nie w jej otoczeniu. Złodziej, żeby umieć kraść, musiał posiadać talent lub ćwiczyć niezłomnie latami, aby opanować mistrzowsko sztukę kradzieży. W jej przypadku miała małe ułatwienie- mamiąco uroczą buźkę, choć i nie ta zawsze dawała radę. Mimo tego jednak, nikt nie zwolnił jej z obowiązku trenowania swojego ciała, sztuki walki ostrzem i łukiem, a nikt też rzecz jasna nie miał zamiaru jej tego uczyć.  Rodzice Draconów często zmuszali swoje dzieci do samodzielności bądź ukradkiem pomagali im nauczyć się czegoś, lecz ona rodziców straciła nie kończąc nawet dziesiątego roku życia i nie tylko szybko musiała nauczyć się samodzielności, ale i umiejętności przetrwania. I, żeby sobie ktoś nie pomyślał, nie uważała się za lepszą od innych, bo się tego nauczyła, czy też nie mówiła wszystkim wkoło "nie znasz życia", bo uważała to za idiotyczne, ale bardzo denerwowało ją przyszywanie metki na podstawie jednego czynu. Złodziej, poza nauką walki i naturalną gibkością ciała, powinien znać również przynajmniej podstawy charyzmy i najlepiej być samym w sobie charyzmatycznym człowiekiem, ale najgorsze w tej fusze było to, że trzeba było uważać. Na każdym kroku niemal, trzeba było uważać kogo się okradało, trzeba było dokładnie patrzeć i przede wszystkim, liczyć się z konsekwencjami swoich czynów. Trzeba być przygotowanym na to, że ktoś kiedyś może Cię w końcu złapać, zanieść do straży lub co gorsza do króla, który nie ulegnie urokowi i przekonywaniom, to będzie trzeba albo uciekać, albo pogodzić się ze swoim losem więźnia. Ktoś pewnie chciałby zapytać; "więc po co tak właściwie złodzieje są złodziejami,  skoro są tego same minusy?". Dziewczyna z chęcią odpowiedziałaby, na podstawie własnych obserwacji. Niektórzy kradli, bo nie mieli innej perspektywy na życie, niektórzy zaś jej po prostu nie potrafili dostrzec, inni byli zafascynowani tym fachem lecz szybko rezygnowali, a jeszcze inni czerpali z tego zwykłą przyjemność. Jak to było z nią? Na pewno nie miałaby problemów ze znalezieniem uczciwej pracy, nie była też biedna; potrafiła szybko zarobić, nawet, jeśli kradzież nie wchodziła w grę. Nie czerpała z tego również jakieś większej satysfakcji, jedynie niektóre skradzione przedmioty odstawiała "do gabloty", aby na stare lata móc podziwiać drogocenne błyskotki innych ludzi. Mimo to, nikomu jeszcze nigdy nie wyjawiła swojego prawdziwego celu w kradzieży i wątpiła, by ktokolwiek się miał o tym dowiedzieć. Z przemyśleń wyrwał ją fakt bycia złapanym za ramię, znów, przez zakapturzonego mężczyznę. Spojrzała nań nieco dzikim wzrokiem, ale dziecinnie wywróciła oczami i poszła razem z nim.
- Chrzanić to. - Burknęła pod nosem, strącając usilnie jego rękę ze swojego ramienia, co by przynajmniej tyle wolności poczuć. Mimo to szła razem z nim, po niecałej minucie będąc tuż przed straganem, z którego wykradła martwego królika. Spojrzała znudzonym wzrokiem w oczy sprzedawcy, po czym uśmiechnęła się nieznacznie, ale najwyraźniej szczerze. Odsunęła się o krok od księcia i oddała królika na swoje miejsce, robiąc bardzo niski ukłon, jedną rękę przykładając do piersi, zaś drugą teatralnie wysuwając na bok, jakby próbowała coś objąć.
- Najserdeczniej przepraszam miłego pana, to się więcej nie powtórzy. - I została w tym ukłonie przez parę sekund, promiennie uśmiechając się w stronę starszego jegomościa, a w pewnym momencie nawet puszczając mu oczko. I zaraz po tym oczku, zerknęła w bok, dostrzegając coś nieco błyszczącego się spod peleryny mężczyzny stojącego obok. Już wcześniej to dostrzegła, jednak wolała nie zwracać uwagi, przynajmniej tymczasowo. Ale to się już zmieniło, bo straciła swój drogocenny łup i nie była z tego powodu jakoś strasznie zła, niemniej jednak chciała się w pewien żartobliwy sposób "zemścić" na swoim nowym znajomym, kimkolwiek on był. Dlatego bardzo szybkim, delikatnym i płynnym ruchem podwinęła jego pelerynę i wysunęła zdobione ostrze z pasa, robiąc piruet i łapiąc go za rękę, aby odwrócić tyłem do straganu, a przodem do niej. Poświęciła dosłownie ułamek sekundy na spojrzenie na niezwykle piękny sztylet, przez chwilę nawet się zastanawiała, kim on jest, że posiada takie caceńko, ale na myśli nie było czasu.
- Uuu, ładne! -  Schowała dłoń z ostrzem za plecami i spojrzała ku górze, ku mężczyźnie, po czym uśmiechnęła się - tym razem naprawdę szczerze - i bardzo pogodnie. Podskoczyła na sekundę i wolną ręką przytrzymała jego policzek, zaś miękkie usta dziewczyny spoczęły na jego nosie, i choć trwało to może dziesięć setnych sekundy, świat dla księcia jakby na chwilę spowolnił. Jednak nie dla niej. Bo ona zaśmiała się cicho i opadła równie szybko na ziemię.
- To w nagrodę! - Odparła również z radosnym śmiechem, po czym obróciła się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i odbiegła od księcia chowając sztylet do własnego pasa, a gdy była już w niewielkim tłumie zdziwionych ludzi, gwizdnęła na palcach. Z niedużej odległości rozległ się jakby groźny ryk, przypominający nieco te zasłyszane czasem w lesie w nocy, gdy spędzało się noc w wiosce. Ryk drapieżnika, którego boją się wszyscy nieuzbrojeni, a tym bardziej oddzieleni od tego świata dostojni mieszczanie. Przemknęła niezauważenie pomiędzy dziesiątkami ludzkich nóg, schylając nieco głowę, aby jeszcze trudniej było dojrzeć jej charakterystyczne, miękkie włosy. Parę sekund po tym między ludzi wskoczył przedziwny stwór, wzrostem przewyższający nieznacznie dorodnego, królewskiego ogiera. Ognistowłosa wskoczyła na przerwę pomiędzy długą szyją a bardzo charakterystycznym grzbietem stworzenia z dwoma ogonami. Trójnoga istota ryknęła przeciągle w stronę okolicznej gawiedzi, wprawiając swoje dwa zęby przypominające pajęcze szczękoczułki w drgania. Przez to wszyscy przerażeni ludzie odsunęli się od parę metrów, pozostawiając dziewczynie jak i jej przyjacielowi sporą dozę terenu. I już miała uciekać, nie przejmując się zupełnie biegnącą w jej stronę strażą, czy księciem obserwującym ją bez przerwy, ale nagle usłyszała jako nieco znajomy dźwięk. Z oddali. Chwilę zajęło jej zorientowanie się, do jakiej istoty ten dźwięk należy, niemniej jednak było to bardzo dużym zaskoczeniem. Stworzenie o dwóch ogonach machnęło nimi niespokojnie, unosząc się na jednej tylnej łapie niczym patrolująca teren łasica, zaś dziewczyna objęła jego szyję i pogładziła istotę delikatnie po grubej skórze, aby je uspokoić. Oboje wiedzieli, co się święci i wyczuwali biegnące w ich stronę stworzenie. Wzrok złotych oczu ognistowłosej zwrócił się nagle ku zakapturzonemu mężczyźnie, nie bardzo wiedziała co sądzić.

- Książę...? - Zapytała cicho samą siebie, zamierając w miejscu, uspokajając jedynie swojego niespokojnego i wyraźnie niepewnego przyjaciela. Żyła w tym mieście trochę i niemal codziennie u przebywała, co prawda nietrudno było nie słyszeć o tragedii królewskiej rodziny czy o samej rodzinie, ale też zdarzyło jej się raz w życiu dojrzeć to stworzenie. Dziewięcioogonowy lis, zwiastujący mniejsze bądź większe niebezpieczeństwo księcia, który to w razie problemów zawsze przybędzie mu na pomoc. Spojrzała ukradkiem na zdobiony sztylet. Teraz wydawało się to wszystko nabierać sensu. Klepnęła stworzenie w szyję, przez co ten lekko opadł na ziemię i spiął mięśnie, w każdej chwili będąc gotowym do długiego susu, jednak na razie będąc powstrzymywanym przez swoją właścicielkę.

Nie rozumiem Cię.