poniedziałek, 10 lipca 2017

Od Bezimiennego do Silyena.

Znalezione obrazy dla zapytania fantasy moon tumblr

Noc. Gwiazdy nigdy nie przestawały go zadziwiać. Nigdy również nie potrafił ich zrozumieć. Czym są? Dlaczego nie można ich dosięgnąć? Pamiętał co mówiła mu o nich Elen. To dusze tych którzy byli dla kogoś ważni. Ponownie wyciągnął w ich kierunku swą zabandażowaną dłoń jakby naprawdę mógł ich dosięgnąć. Czy mógłby? Co by się wtedy stało? Dwa Światy zderzyły by się ze sobą? Nastąpił by niekontrolowany wybuch? Co sprawia, że one tak świecą? Miał tak wiele pytań na które nie otrzymywał żadnych odpowiedzi. Wolał jednak nie ryzykować spotkania z ludźmi gdyż nigdy nie był pewny czy właśnie nie prowadzi swej ostatniej rozmowy. Bo Oni go w końcu znajdą, prawda? Podniósł się powoli, wręcz ociężale. Jakby nagle grawitacja stanowiła dla niego zbyt duży wysiłek. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Ponownie opadł na ziemię nie łagodząc upadku w żaden sposób. Dosłyszał zbliżające się zwierzę więc przymknął na moment oczy. Niezbyt duże. Na czterech nogach. Niezbyt ciężkie. Otworzył oczy i okręcił głowę w bok. W moment aby dojrzeć kozła sarny który z pochyloną głową zmierzał w jego stronę. Było w nim coś innego. Coś specjalnego. Może to chodziło o jego oczy? Były jakby mniej dzikie. Zwierzęce. Może nawet bardziej ludzkie od jego własnych oczu. Wpatrywali się przez chwilę lecz chłopak spodziewał się, iż za chwilę zwierzę ucieknie w popłochu. Westchnął cicho gdy tak się nie stało i nie odrywając od niego wzroku powoli się podniósł. Dojrzał... jakąś rzecz z kryształami. Ktoś założył to mu? Był czyimś zwierzęciem? Czy może zaplątał się w to niepotrzebnie? Przekrzywił głowę delikatnie w bok bardziej mu się przyglądając i jednocześnie korzystając z okazji, iż zwierzę nie uciekło. Wyprostował głowę po czym podwinął kolana do góry i oparł na nich ręce by następnie oprzeć o nie głowę. Wciąż wpatrując się w dzikie zwierzę. Zazwyczaj nie miał okazji przyjrzeć się im z aż tak bliskiej odległości. Odezwał się cicho. 
- Sarna... - gdy zwierzę nie uciekło na dźwięk jego głosu poczuł jakby zrobiło mu się trochę lżej. Ponownie się odezwał patrząc w jego rozumne oczy. 
- Też wolisz noc od dnia? Gdybyś potrafił mówić na pewno powiedziałbyś mi coś o gwiazdach. - odchylił się nagle do tyłu i położył ponownie na plecach rozkładając przy tym ręce. Podniósł do góry swoją prawą, zabandażowaną dłoń. Ponownie się odezwał patrząc w gwiazdy. 
- Jak myślisz? Czy da się ich dosięgnąć? Złapać na chwilę. Czy nie zrobi im to krzywdy? - jego dłoń gwałtownie opadła na ziemię. Ponownie nawet nie amortyzował jej upadku. Nie usłyszał jednak aby zwierzę uciekło więc obrócił głowę aby na nie spojrzeć. Gdy je dostrzegł wpatrywał się w jego oczy swoimi oczyma pozbawionymi wyrazu. Ponownie cicho się odezwał. 
- Nie możesz być tak blisko ludzi. Oni Cię zabiją. Ja bym Cię zabił gdybyś uciekał. Ale ty nie uciekasz. Nie boisz się mnie? - nie otrzymawszy odpowiedzi powrócił wzrokiem do gwiazd. Po chwili ciszy dosłyszał spokojny ruch kopyt które się oddalały. Nie biegł więc nawet on sam nie wstał aby za nim pogonić. Był jakiś inny. I w pewnym sensie poczuł się trochę lżej mogąc się odezwać do żyjącej istoty. 

***

Kozioł sarny zjawił się następnego dnia. I jeszcze jednego. I później również. Razem był to już prawie tydzień. Drugiej nocy gdy się pojawił chłopak próbował go przestraszyć poprzez syczenie i szczekanie lecz nie dało to oczekiwanego rezultatu. Wtedy znowu zaczął do niego mówić. Trzeciej nocy udawał, iż śpi lecz sarna uparcie trwała na swym miejscu co w końcu sprawiało, iż chłopak obracał w jego kierunku głowę i patrzył w rozumne oczy. Ponownie mówił sarnie o wszystkim i o niczym. Zupełnie jakby mógł uzyskać ułaskawienie swej duszy poprzez zwierzanie się zwierzęciu. Czwartego dnia nawet oczekiwał jego przyjścia więc leżąc i patrząc w niebo tak naprawdę nie skupiał się zbyt bardzo na gwiazdach tylko na charakterystycznym odgłosem czterech kopyt. Nigdy jednak nie wyciągał dłoni aby pogłaskać zwierzę czy schwytać. Oto i nadeszła piąta noc. Tym razem był trochę bardziej po za otaczającym go światem. Gdy sarna przybiegła nie odwrócił się do niego tylko wpatrywał w niebo nucąc coś cicho pod nosem. W końcu się ocknął i odezwał cicho jakby doskonale zdawał sobie sprawę z obecności zwierzęcia. 
- Czuję się jak wtedy. Trawa też jest zielona. Ma nawet podobny zapach. Lecz tym razem mogę dostrzec niebo... - zasłonił swymi dłońmi swoją twarz wraz z oczyma i ponownie się odezwał - Dlaczego ona nie może żyć a ja umrzeć? Ach. Bo jestem psem. Który słucha swego Pana. Ślepo. - opuścił powoli swe dłonie na dół po czym zdał sobie sprawę jak bardzo przyzwyczaił się do towarzystwa sarny i tego, iż może do kogoś się odezwać. Zamknął oczy i ponownie się odezwał. 
- Sarenko. Zadałem Ci tak wiele pytań. Ale mam jeszcze jedno. Najważniejsze. Czym ja jestem? - podniósł do góry swoje dłonie patrząc na nie wraz z przekrzywianiem głowy. Kontynuował cicho. - Czy naprawdę jestem Potworem? Czy będę musiał Cię zabić? Tak jak zrobił by to Potwór? - zamilknął nagle i obrócił się na bok, plecami do zwierzęcia. Nie odezwał się już słowem zupełnie jakby zakończył właśnie tym zdaniem rozmowę. Pogrążył się w rozmyślaniu. Czy zabicie zwierzęcia uczyniło by kogokolwiek Potworem? Takim Potworem jakim był On? Westchnął cicho i ponownie się odezwał cicho, głosem bez wyrazu.
- Dobranoc sarenko. - mogło by się wydawać, iż rzeczywiście chłopak za chwilę pogrąży się we śnie. Lecz zamiast tego wstał powoli i poprawił kaptur na swej głowie. Zawsze żegnał się z nim słowami "dobranoc" po czym odchodził w sobie tylko znanym kierunku. Gdy już stał odezwał się cicho.
- Sarenko. Dzisiaj ostatni raz tu przybyłem. Musze ruszać dalej. A ty musisz trzymać się z dala od ludzi. Więc wybacz mi sarenko. - obrócił się w jego stronę z brakiem emocji na swej bladej twarzy. Z kapturem na sej głowie który przysłaniał mu oczy wyglądał bardziej mrocznie. Bardziej groźnie. Wyciągnął lewą dłoń zaopatrzoną w metalowe pazury po czym ruszył powoli w kierunku zwierzęcia. Jak go wystraszy to przestanie tutaj przychodzić, prawda? Przestanie ufać ludziom gdy się go skrzywdzi? Tak jak ty już im nie ufasz. Zatrzymał się ważąc w swej głowie słowa i wciąż wpatrując się w rozumne oczy sarny. 

[Sarenko?]

(Wybacz, iż wyciągam to aż tak daleko lecz ten pomysł usadowił się w mej głowie i nie potrafił odpuścić. Daję Ci pole manewru. Możesz uciec bądź pokazać się pod swa ludzką postacią lub... co tam jeszcze tylko wymyślisz. Jeśli coś nie pasuje lub się nie zgadza - zmienię natychmiast.)



niedziela, 9 lipca 2017

“Jesteś tutaj aby służyć ludziom a nie być jednym z nich.”

"Drown yourself in the same sorrows as your demons."  -O.V.D.M.:

Brak imienia || Wołaj na mnie jak chcesz || Brak wiadomego wieku || Nawet nie wiem czy mam ich tyle na ile wyglądam || Brak miejsca urodzenia || Narodziłem się pięć razy. Bo tyle razy umierałem || Brak zawodu || Byłem mordercą. Zabójcą. Nie potrafię robić nic innego. || Humanoidalny || To, że wyglądam jak człowiek nie znaczy, iż nim jestem ||



Mrok duszy


- Jakie jest Twoje marzenie?
- Co to jest?
- Marzenie? To coś do czego dążysz i czego pragniesz.
- W takim wypadku, moim marzeniem jest śmierć.

Pierwsze wspomnienie. Ciemność i chłód. Zapach wilgoci. Nie ma nikogo obok Ciebie. Nagłe ostre światło które dochodzi gdzieś z góry. Delikatnie rozprasza mrok.  Umarłem? Głosy których nie rozumiesz. Słowa które nic dla Ciebie nie znaczą. Pojawiają się i znikają. Nie wołasz nikogo bo nawet nie wiesz jak to zrobić. Błoga nieświadomość i tęsknota ku czemuś czego nigdy się nie miało.
Drugie wspomnienie. Błysk stali połączony z karmazynem. Jedno uderzenie za niewłaściwą postawę. Trzy za zbyt krzywy ukłon. Znowu dostajesz baty za złe spojrzenie. Za okazanie emocji na chudej twarzy.  Chcę umrzeć. Ból który przedziera się przez kości wprost do głowy i serca. Tak potężny, iż sprawia utraty przytomności. Krzyczysz głośno. Lecz oni wciąż na nowo tną Cię i zszywają. Tłumaczą, że jesteś zepsuty. Z uporem wciąż to powtarzają. Nie chcesz być naprawiony. To tak strasznie boli.
Trzecie wspomnienie. Ciężki trening. Bardzo ciężki. Kończą dopiero gdy nie możesz się ruszać. Gdy złamana kość zaczyna wystawać spod skóry. Sześciu specjalnych ludzi. Mówili o sobie “treserzy”. Pluli na Ciebie gdy nie potrafiłeś się podnieść.  Umrzyjcie. Dali Ci twardą lekcję o życiu. O tym, iż nie jesteś jak oni. Bronią wpajają Ci prawdę znaną od najmłodszych lat. Nie jesteś człowiekiem i nigdy nie będziesz. Jesteś mniej warty od nich. Duszenie w klatce piersiowej znika wraz z upływem dni. Godzisz się z faktami.
Czwarte wspomnienie. Karmazyn. Tak wiele karmazynu. Och i ten zapach który Cię oszołomił. Droga niby tak prosta a zabiera tak mnóstwo czasu. Gubisz się. Gdy otwierasz drzwi oślepia Cię światło dnia. Umrę. Płaczesz. Nareszcie dosięgasz to światło które zawsze widziałeś gdzieś z góry. Wyciągasz w jego kierunku swe blade dłonie upstrzone czerwienią. Dajesz ogrzać się jego promieniom. Oni Cię znajdą. Dopadną. Ponownie zakują w kajdany. Połamią Ci kości. Znowu będą chcieli Cię naprawić. Ale do tego czasu uciekaj. Biegnij. Szybciej.

Doskonałość. Chcieli Ci tak dać na drugie imię. Wiesz jak jest to w języku leśnych elfów? Perfectum.
Śmierć. Tak dali Ci na pierwsze imię. Wiesz jak to jest w języku mrocznych elfów? Morte.
Krew. Miała Cię napędzać. Wiesz jak to jest w języku orków? Sang.
Posłuszeństwo. Wymusili je na Tobie. Wiesz jak to jest w języku krasnoludów? Obediencia.

“Zapamiętaj to do końca swego żałosnego życia. Jesteś mniej warty niż pies. Jeśli ktokolwiek Cię zabije to nikt się tym nie przejmie bo to jak zabicie jednego głupiego zwierzaka. Pasożyta. Potwora.”

Kajdany ciążą Ci na nadgarstkach i kostkach. Od jak dawna je masz? Nie znasz przecież niczego innego. Niczego poza czterema zimnymi ścianami wypełnionymi dniem wczorajszym. Jesteś niczym! Kruszysz się na dźwięk czyichkolwiek słów. Wpajana przez nich mantra przez wiele lat. Wyryte na skórze znaki które przepaliły Twoją siłę woli. Wyrwano Ci kręgosłup bo jest Ci niepotrzebny. Masz być posłuszny i nie dbać o siebie. A więc stałeś się tym co tak skrzętnie hodowali. Jesteś potworem. Nie ma bólu który potrafiłby chociażby wykrzywić Twoją twarz w grymasie braku komfortu. Otaczasz się całunem ciemności która jest Twoją matką. Pamiętasz? Zapach trawy i rozmowy bez wymierzonej kary? Pamiętasz smak jej krwi? Twoja wola i Twój umysł należą tylko do nich. Twoje ciało to broń. Żyjesz tylko dlatego bo Ci pozwolono. Wracaj do Ciemności. Wracaj do szeregu. Uduś się blaskiem księżyca i szeptami sięgających resztek twej duszy. Co byś robił poza Ciemnością? Nie potrafisz nic poza zabijaniem. Mordowaniem. Rozcinaniem. Dźganiem. Duszeniem. Wyrywaniem. Drapaniem. Krzyczeniem. Jesteś powierzony ciemności. Jesteś Potworem który ma służyć ludziom. Wydłubujesz swe oczy i przełykasz gorzki smak łez. Nie umrzesz. Nie możesz. Lecz nie potrafisz również żyć.

“O czterej. Zwracam się do Was z prośbą o dobry sen. Tylko o tyle. Nie chcę śmierci tych co mnie ścigają bo sam ich zabiję. Nie chcę abyście uleczyli me rany gdyż to niemożliwe. Nie chcę abyście pokazali mi jak żyć bo na to jest za późno. Proszę Was tylko o spokojny sen. O brak koszmarów przynajmniej przez jedną noc. Nie proszę Was o wybaczenie. Bo rzeczy których się dopuściłem nie idzie wybaczyć.”

- Czasami rozmyślam o tym jakby to było gdyby mnie zabito zaraz po tym jak się narodziłem.
- To trochę straszne i smutne, nie uważasz?
- Nie. To wesołe myśli. Pełne nadziei. Umarłbym jako równy ludziom.
- Ale możesz marzyć o tym co by się stało gdyby twoja matka…
- Nie. Nie wpłynąłbym na jej charakter w żaden sposób. Mogę więc marzyć o swej śmierci. O tym jak prawie byłem wam równy.
- Chciałabym…
- Ale nie możesz. Jestem Potworem. Czymś. Ty jesteś człowiekiem. Jestem stworzony. Wyhodowany tylko po to aby wam służyć. I nawet ty nie możesz tego zmienić.

Chciałbym to wszystko zmienić. Zamknąć w jakimś kufrze i wyrzucić na dno oceanu. Ale nie mogę. Nie potrafię. Nie idzie starego psa oduczyć raz nauczonych sztuczek. Tych dzięki którym dostawał jeść. Tym które pozwalały mu żyć. Chciałbym wrócić do tych chwil. Do zapachu trawy. Do jej śmiechu. Do tych rozmów prowadzonych bez strachu kary. Chciałbym cofnąć czas i móc ją ocalić przed samym sobą. Chciałbym zapomnieć smak jej krwi. Lecz widziałem w jej oczach zrozumienie. Dlaczego musiałaś mnie wtedy do siebie przytulić? Wiesz jak bolało gdy Twoja dłoń bezwładnie opadła? Gdy twoja uśmiechnięta twarz wyszeptała “wybaczam”? Chciałbym abyś mnie nienawidziła. Gardziła mną. Ale nie potrafiłaś prawda? Chciałbym móc cofnąć czas. Nie potrafiłbym tego zmienić. Lecz chciałbym spędzić z Tobą trochę więcej czasu. Chciałbym móc znowu poczuć ten zapach trawy. Nawet jeśli nie widzieliśmy nieba. Chciałbym dowiedzieć się o Tobie więcej. Chciałbym…

- Kiedyś stąd wyjdziesz, wiesz? Ale nie po to aby znowu zabijać na ich zlecenie, ciemną nocą.
- Mhm…
- Nie wierzysz mi?
- … ciężko wierzyć w coś tak absurdalnego…
- Ale mi wierzysz, prawda?
- … Tobie… tak…
- Więc pewnego dnia zobaczysz słońce. Wygrzejesz się w jego blasku.
- … tak…
- Chciałabym móc Ci w tym pomóc…
- … ale nie możesz. Ja rozumiem. Więc na razie wystarczy mi, że ze mną rozmawiasz. Że tu jesteś.
- Dziękuję.
- Nie. To ja dziękuję.






Odautorsko:
Gryzie, kopie i co tam jeszcze się nadarzy.
Nie zna podstawowych uczuć.
Czy dasz radę go nauczyć?
Kontakt: lordwmordewol@gmail.com
Życzę powodzenia.
Kłaniam się nisko.
Aktualizacja: 31.08

niedziela, 2 lipca 2017

Od Silyena

Zadziwiające,  jak jasne słońce uderzyło do okna komnaty młodego księcia.  Promienie przebiły się cudem przez ogrom liści wszelakich roślin.  Pomieszczenie to można było porównać do siedliska zielarza, bądź też do puszczy.  Komnata wbrew pozorom nie należała do największych,  gdyż książę sam wybrał sobie wieżę ze względu na widoki,  które mógł stamtąd podziwiać.  Jedno z okien zwracało się ku lasom i naturze,  inne zaś,  wpatrywało się w głąb miasta.  Ściany wydawały się miękkie i przyjazne,  ponieważ porastał je zdrowy,  czysty,  zieloniutki mech.  Ciemnowłosy sam o niego dbał,  tym bardziej jako mag ziemi,  uwielbiał to.  Poustawiane wszędzie zostały rośliny w donicach,  a na białe zasłony opadały pojedyncze liny liści bluszczu.  Nie raz można by dosłyszeć jak zmiennokształtny rozmawia z własną zielonością,  a także nie raz ptaki zatrzymują się w jego komnacie,  wyśpiewując wysokie etiudy i serenady.  Od zawsze był blisko z naturą,  również i jego babka jako elf ceniła sobie roślinność i różnorodność flory w ogrodach zamkowych. Jego łoże skąpane zostało w bieli i złocie okazując delikatność,  ale zarazem bogactwo dworu.  Również w swym azylu przetrzymywał książki,  swoją fortecę wiedzy,  na drewnianym regale. W zamku znajdowała się znacznie większa biblioteka,  w której także uwielbiał spędzać czas.  Tego jednak dnia,  nie było mu dane użyć spokojnego i przyjemnego poranka.  Książę bowiem również posiada wszelakie obowiązki,  a jednym z takowych było między innymi uczestniczenie wysłuchiwaniu próśb i modłów mieszkańców stolicy, którzy w określone dni schodzili się do jednej z sali królewskich i tam wyrzucali z siebie wszystko to, co leży im na sercu. Nie zawsze uczestniczył w owych spotkaniach, tego jednak dnia poproszono go o to. Niechętne bose stopy zwlekły się o świcie z łoża posłanego białą pościelą. Kilka chwil potem pojawiły się służki, które znając swoją pracę i doskonale radząc sobie z rutyną, podały księciu kielich mleka od jednej z najznamienitszych krów, a kolejno czekając aż je wypije – rozczesały jego ciemne włosy. Młody mężczyzna nie należał do wiecznie milczących osób i co prawda, do pachołków nie powinien zwracać się w innej sprawie niż etykietalne rozkazy, był dla nich miły i dobry. Nie przepadał za wiecznym obsługiwaniem, dlatego niekiedy oszczędzał im trudu. Były to kobiety zasłużone na dworze i dobrze sprawujące się w każdym swoim obowiązku. Jako, że nie należały już do najmłodszych, nie chciał, by musiały udawać się do najwyższego punku zamku tylko po to, by podać mu mleko czy pomóc założyć strój dworski. To jednak co pozostawało w murach zamku, takie musiało zostać. Silyen różnił się znacznie od książąt, którzy chodzą wiecznie z uniesionymi w górze podbródkami i nie liczą się kompletnie z niczym, wiecznie zadufani w swoim stanie, wyglądzie i wszystkim tym, co posiadali. To takimi gardził. Owszem, musiał stworzyć autorytet, przyjemny, ale i konsekwentny wygląd następcy tronu, który będzie słusznie wykonywał swoje obowiązki. Nigdy nie udawał i zawsze był sobą, to dobrze o nim świadczyło. Jednak jak każdy posiadał wady, między innymi lekkomyślność jaką kierował się podczas opuszczania murów zamku bez rycerzy u boku. Jako wysoko urodzony musiał posługiwać się bronią, niewielkie to jednak miało znaczenie podczas chociażby napadów, które nie były organizowane w pojedynkę.
Kiedy to jego włosy zostały splecione w luźny, ale szykowny warkocz, zmiennokształtny wstał i z pomocą kobiet dopiął swój zdobiony biało złoty strój, a także na plecy założył płachtę, dopinaną z przodu. Podczas spotkań z tłumem rodzina królewska zawsze przywdziewała szaty rodowe oraz wszelkie inne rekwizyty, jak choćby dopinana peleryna. Po pewnym czasie z kilkoma nasionami w dłoni, ruszając natarczywie uszami, które w ekstrawagancki sposób wystawały zza korony, nie przepadał za tym, ale niewiele w tym przypadku mógł również zdziałać. Po drodze usłyszał również kroki znacznie młodszego brata, który także miał brać udział w spotkaniu z mieszkańcami. Kiedy wszedł do sali, dziadkowie czekali już na swoich tronach, a mały Yedhel kręcił się nerwowo na mniejszym, równie zdobionym, stojącym obok króla. Silyen skłonił się z szacunkiem, i zasiadł na swoim miejscu poprawiając pelerynę i dłonie opierając na podporach tronu. Po upływie zaledwie kilku minut, mosiężne drzwi otworzyły się z pomocą strażników z halabardami stojącymi wewnątrz pomieszczenia. Do środka wmaszerowali kolejni strażnicy w barwach narodowych. Szli dwoma rzędami, a między nimi jeden rząd mieszczan od żebraków, których niemal nigdy nie brakowało, jak i szlachciców, którzy narzekali za każdym razem na swą niedolę. Jedna i druga warstwa z obrzydzeniem patrzyła na siebie nawzajem. To stało się jednak tradycją, niestety. Spotkanie zazwyczaj kończyło się wieczorami, a prośby ludzi nie znały swych granic. Jedni posili zaledwie o kromkę chleba, inni natomiast o niemożliwe połacie ziemi pod uprawę. Ludzie są różni i nie wszystkim da się dogodzić. Jeśli chodzi o racje żywieniowe, mądra królowa starała się dopomagać biednych proszących o jakiekolwiek jedzenie. Jako elfka, przyjaciółka magów i druidów, wspólnie z nimi mogła uskutecznić uprawy, choć wierzyła bardziej, że to modły do bogini Ziemi i Urodzaju – Eithne, wspomagają najbardziej ich starania. Od czasu do czasu pomagał jej również Silyen, sam będąc magiem ziemi.
Tak jak się spodziewał, spotkanie odbywało się do późna, bo niemal cały dzień, a mimio to, znaczna część poddanych została odesłana z zamku. To nigdy nie jest piękny widok, jednak być może rozumieli to, że i królewska para z wnuczętami są istotami potrzebującymi odpoczynku, jedzenia, czegokolwiek co pomoże im się odprężyć po tylu współdzielonych uczuciach odnośnie niedoli. Źle jest słuchać o wszystkim tym, co powinno się zmienić we własnym królestwie. Silyen podziwiał króla oraz królową za to, że zawsze doskonale sobie z tym radzili i nie podchodzili do wszystkiego zbyt emocjonalnie. Jego samego często od wewnątrz rozpierały emocje, a mimo to nie mógł nic zrobić. Wtedy chwalił świat, że jego rola póki co kończyła się na siedzeniu na tronie i uśmiechaniu się, ewentualnie podaniu daru. Kiedy rodzina królewska mogła względnie zakończyć dzień, książę bez dłuższych wymówek, postanowił wybrać się na wieczorny spacer u podnóża zamku. Nie wybierał się nazbyt daleko, nie mając na to siły. Mimo to, pragnął odsapnąć od czterech więżących go ścianach. Potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza i tak też uczynił. Zarzucając na ramiona obszerny ciemnozielony płaszcz wyszedł z zamku głównymi drzwiami. Strażnicy otworzyli je, a zaraz po jego wyjściu zamknęli, krzyżując ze sobą halabardy. Silyen opuściwszy mury zamku wolnym krokiem począł zmierzać od tak przed siebie. Ludzie znali go, z jednej strony było to z pewnością dobre, z drugiej narażało jego zdrowie i życie na jakiś uszczerbek ze strony szaleńców. Jedyne gdzie chciał się znaleźć w danym momencie, to na łące bądź w lesie. Dlatego ruszył w znanym sobie kierunku. Jego sylwetka niemalże płynęła pomiędzy chatkami mieszczan, stawiał bowiem ciche i spokojne kroki. Prawdopodobnie był to nawyk z formy zwierzęcej księcia. Co jakiś czas również, strzygł uszami nasłuchując tego, co ma mu do powiedzenia okolica. Niebo pokryło się granatowym odcieniem, a ciemne chmury przysłaniały księżyc, który powinien był oświetlać drogę wędrowcom. Po pewnym czasie samotnej przechadzki do księcia dołączył Terhal, który niespiesznie poruszając ogonem powitał go.
- Terhalu, mój przyjacielu. Nie pokazywałeś mi się od paru dni. Zaczynałem się o ciebie martwić. Nie masz w zwyczaju przebywania u mego boku na co dzień i zapewne posiadałeś ważniejsze sprawy, mimo to, pamiętaj, że i ja czekam na ciebie. – spojrzał na lisa o dziewięciu ogonach i obdarował go przyjemny, serdecznym uśmiechem, który był zarezerwowany jedynie dla tak tajemniczo bliskiego przyjaciela.
Niekiedy udawało im się spędzać wspólne wieczory. Udawali się na polany i tam pogrążając się w melancholii wymieniali spojrzenia pełne dialogów. I tym razem udało im się spotkać niezależnie od niebezpieczeństw i tym podobnych spraw. Ulice stolicy opustoszały, jednak kiedy młody mężczyzna i jego niezwykły pupil zbliżyli się do innego zakątka stolicy, który miał ich doprowadzić na znacznie bardziej zieloną przestrzeń, dostrzegli ruch. Oboje niemal w tym samym momencie poruszyli zwierzęcymi uszami, natomiast lis usiadł jedynie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

[Ktokolwiek zechce wdać się w rozmowę z księciem i jego pupilem?]