Poprawił się na grzbiecie wierzchowca. Jechał już od dobrych paru godzin i zaczynał mieć dość. O tyle dobrze, że byli już w mieście. Dał nieco mocniejsze łydki, koń nieznacznie przyśpieszył kroku.
Przynajmniej było lato. To o tyle lepiej, że nigdzie nie było lodu, śniegu i przynajmniej dało się żyć.
Przewrócił oczami, widząc zaciekawionych strażników, idących pewnym krokiem w jego kierunku.
Uśmiechnął się wilczo, bardziej szczerząc kły niż się uśmiechając. Zawsze, w każdym mieście i w każdej wsi znajdzie się strażnik, mający ochotę go zaczepić. Powoli tracił do tego cierpliwość.
Zeskoczył z konia w chodzie, zanim żołnierze podeszli. Wyszedł im na spotkanie i nieznacznie przekrzywił głowę, z wyrazem znudzenia malującym się na twarzy.