sobota, 16 września 2017

Od Bezimiennego do Aenaina

Ciekawiło go wszystko jak dziecko które dopiero poznaje Świat. Dlatego też jego pytania często wydawały się innym wręcz nienormalne. Wiadomości podstawowe które powinien posiąść w wieku dziecięcym zastąpiły wiadomości o tym gdzie najlepiej dźgnąć przez pancerz aby zabić. Albo również jak obronić się przed szarżującym człowiekiem. Nie uczono go jak gotować a o rozpoznaniu jedzenia nie było mowy. Miał tylko jeść to co dostawał na talerzu od Nich. Wszystko inne było złe i nieznane. O mało przez to nie zginął gdy w końcu udało mu się uciec, nieprawdaż? Pytania były dla niego ważne lecz najwyraźniej reszcie ludzi przeszkadzały. Więc gdy tylko spotkał duszę podobną do tego mężczyzny od razu uczepiał się jej przynajmniej na bezpieczną odległość aby dowiedzieć się jak najwięcej. Nie potrzebował wyczerpujących odpowiedzi lecz jakichkolwiek. Gdy usłyszał głos mężczyzny spojrzał na niego automatycznie i delikatnie potaknął głową. Czyli... on też patroszył ludzi? Delikatnie opuścił wzrok wciąż zaciskając dłonie na nowo jakby ryby tak naprawdę nie oddał jej prawowitemu właścicielowi. Powiódł za nim wzrokiem gdy ten ruszył w kierunku chaty by po chwili ruszyć za nim. Bezszelestnie, tak jak go uczono. Znał słowo morderca lecz nie znał słowa złodziej. Słysząc kolejną odpowiedź mężczyzny potaknął powoli głową. Zmarszczył delikatnie brwi. Zaraz. Czy to oznaczało... Jesteś złodziejem. Wpatrywał się w puste rybie oczy jakby mogły mu na to odpowiedzieć. Odezwał się wciąż stoickim głosem. 
- Czy złodziejem może być ktoś kto nie wie co to jest? - podniósł wzrok na mężczyznę. Jego pytanie brzmiało zupełnie tak jak dziecka które próbuje nauczyć się jak działa Świat. Odpowiedzi mężczyzny były dla niego odpowiednie. Nie zaśmiecały ogólnego zastosowania danego słowa tylko wprost tłumaczyły o co chodzi. Oczekiwał na kolejne odpowiedzi stojąc w bezpiecznej odległości od mężczyzny. Przerzucał zainteresowany wzrok z ryby na właściciela. Słysząc kolejną odpowiedź powiódł wzrokiem za wskazanymi sieciami i gdy je dojrzał potaknął głową. A więc po to ładują je na swoje łodzie. Obrócił głowę aby ponownie spojrzeć mu w dzikie oczy. Czyli jednak był zmiennokształtnym. Słysząc odpowiedź na ostatnie pytanie najwyraźniej długo się zastanawiał po czym powoli potaknął głową. Widział w tym stwierdzeniu sens jednakże... Oni również Ciebie nie atakowali. Delikatnie zmarszczył brwi gdy jego puste oczy zaszły delikatnie mgłą. Odezwał się cicho. 
- Bo by mi kazano... - pogrążył się w zawieszeniu rozważając jego jak i własne słowa. Ożywił się nagle gdy mężczyzna wszedł z nożem w ręce; wyglądał niczym nastroszony kot w każdej chwili gotowy do kontrataku. Gdy jednak mężczyzna usiadł na nowo rozluźnił się bardziej skupiając się na ostrzu przecinającym rybi brzuch. Przez moment spojrzał nawet na psa ale wyglądało to raczej na rozeznaniu się w sytuacji niczym dzikie zwierzę które usłyszało jakiś niepokojący dźwięk. Wszystko wyglądało kompletnie inaczej niż u większych stworzeń. W ogóle nie wyobrażał sobie aby cokolwiek z ryby wyciągać. Czy później będą to jedli? Spojrzał na psa i przechylił delikatnie głowę. Wygląda na to, iż mu smakowało. Powrócił do uważnego przyglądania się ruchom mężczyzny zupełnie jakby naprawdę pierwszy raz widział jak ktoś przygotowuje rybę. Postanowił usiąść na gołej ziemi wciąż przyglądając się pracy ciemnowłosego. Słysząc kolejne wypowiedziane słowa potaknął delikatnie głową i zmarszczył brwi. Chciał wiedzieć więcej. Ponownie odezwał się z spokojem w głosie. 
- Przyprawić czyli... sól? A upiec? I co to znaczy czerstwy? - nie odrywał wzroku od tego jak przygotowuje się rybę. Wiedział co to chleb gdyż kiedyś widział ich cały stragan a człowiek krzyczał zachwalając jego wszelkie walory. Równie głośno krzyczał gdy jasnowłosy uciekał z bochenkiem pod pachą. Dodał już trochę ciszej. 
- I czy można już ją zjeść? - ryba w jego mniemaniu wyglądała już na gotową. Bo tylko o to chodziło, prawda? Aby wyglądała smacznie. 

[Kuchnia z krokodylem - asystenci - rozleniwiony pies i taki jeden co nic nie wie xD]

Od Kiary cd. Reker

Wraz z moim przyjacielem,bardzo szybko uwolniliśmy dzieciaki, lecz on z nimi oddalił się dużo, dużo szybciej. Dzieciaki były przerażone i sparaliżowane strachem, co oczywiście rozumiałam, bo jak tu się nie bać, skoro zostało się porwanym przez zakapturzone postacie, a kolejne ich uwalniają i wyglądają tak samo przerażająco jak ich porywacze?
Uwolniłam dwóch chłopców i dwie dziewczynki. Wszystkie dzieciaki były elfami, więc pewnie złapali je kiedy się razem bawili w lesie, gdyż w domy elfów zawsze są bardzo dobrze strzeżone w ich świecie ze tak to powiem. Szybko pogoniłam dzieciaki, a konie uwolniłam też, rozcinając wszystkie uprzęże, przez co uciekły głębiej w las.
Jak było widać, też nie były za dobrze traktowane, lecz nie miałam czasu już o tym myśleć, tylko pognałam za przyjacielem bardziej w gęsty las. Troszkę nam to zajęło, kiedy ich znalazłam, lecz kiedy w końcu byliśmy w końcu razem.
Dopiero wtedy rozwiązaliśmy dzieciaki i wyjęliśmy całkowicie kneble z ich ust. Dzieciaki miały rany po grubych sznurach, którymi były związane, więc musiałam to odkazić…
- Nie bójcie się zabierzemy was do rodzin – powiedziałam spokojnie, a wtedy przydreptały znikąd nasze konie,wiec musiały uciec ze stajni. W sumie do dobrze, mam przy siodle w torbach potrzebne rzeczy – pomyślałam spokojnie.
Zagwizdałam cicho na Alkatrasa,który od razu do mnie przydreptał cicho parskając, tym samym się ze mną witając, a ja wyciągnęłam potrzebne mi zioła, moździerz, pistel, wodę i takie tam różne bandaże. Zaczęłam rozcierać powoli zioła, dodając do nich wody oraz specjalnych sproszkowanych rzeczy bo inaczej maść by nie powstała!
Kiedy uznałam po lepkości i lekko żółtawozielonej konsystencji, że jest już gotowe,podeszłam spokojnie do pierwszej dziewczynki z blond włosami. W sumie to tylko jeden chłopiec i dziewczynka mieli po brązowych włosach, a tak to wszystkie miały blond, co było u elfów bardzo charakterystyczne, a brązowe włosy były wielką rzadkością, wśród ich rasy…
Dzieciaki nawet nie próbowały uciekać, gdyż wciąż paraliżował je strach, lecz my byliśmy przyjaźnie nastawieni, lecz wciąż mieliśmy maski i kaptury na sobie. Nie chcieliśmy żeby wiedziały kim jesteśmy gdyż nigdy nie wiadomo, a poza tym elfy uważałam raczej za niebezpieczny gatunek i wolałam się trzymać od nich z daleka, lecz nie miałam serca zostawiać te maluchy same!
- Co z nami zrobicie? - szepnęła dziewczynka, której nakładałam maść na nadgarstki, co skoczyło się cichym syczeniem z bólu. Cóż… Zawsze tak było na początku, lecz po chwili czuło się ulgę, gdyż maść miała cudowne właściwości chłodzące, dlatego też świetnie nadawała się na poparzenia, ale o tym opowiem kiedy indziej. Spojrzałam na blondo - włosom dziewczynkę spokojnym wzrokiem.
- Zabierzemy was do domu – powiedziałam spokojnie – Mówimy prawdę, nie jesteśmy z tamtymi bandziorami – dodałam jeszcze i obwiązałam jej nadgarstki białym bandażem, a później pogłaskałam ją po głowie, przez co chwilowo się skuliła – Nie bój się – rzekłam i poszłam dalej opatrywać inne dzieci.
- Skąd pani umie to robić? - szepnął prawie niesłyszalnie ostatni z chłopców, któremu już też nakładałam resztki maści na poranione i krwawiące lekko rany.
- Chodzi Ci o maści? - spytałam spokojnie i spojrzałam na niego, na co skinął niepewnie głową – Nauczyłam się… Jestem zielarką, a przynajmniej uczę się – dodałam opatrując jego rany do końca.
- Moja mam jest zielarką – szepnął znowu cichutko i dzięki bogom że mam dobry i wyćwiczony słuch, bo inaczej nie usłyszałabym tego dziecka!
- Twoja mama musi być bardzo mądra skoro jest zielarką… Mnie jeszcze sporo brakuje – odparłam chowając wszystko do torby, poprzednio umywszy swoje przyrządy. Uśmiechnął się leciutko, a ja dopiero teraz spostrzegłam iż Reker upolował sarnę i już ją zrobił w takim sensie, że ją nawet upiekł na ogniu, a ja nawet nie wiedziałam kiedy on to zrobił!
Kuźwa szybka i szczwana z niego bestia… - pomyślałam sobie i rozdaliśmy dla każdego dziecka po kawałku mięsa, którego pewnie od dawna nie jadały i się rzuciły wręcz na jedzenie… Sami też zjedliśmy szybko i ciągle byliśmy czujni, bo nigdy nie wiadomo czy jakaś menda się blisko nas nie kręciła. Ponieważ jedzenia było dużo, daliśmy też dokładki tym co chcieli, a następnie wpakowaliśmy dzieciaki na swoje konie, które niezbyt były z tego zadowolone, lecz były grzeczne. My natomiast szliśmy pieszo i nawet nie musieliśmy trzymać naszych wierzchowców za wodze, bo były bardzo grzeczne i posłuszne, a poza tym słuchały tylko nas.
Nie wiem ile tak szliśmy ale w końcu poczułam się obserwowana, bo moje zmysły czy tam instynkty wręcz wariowały by jakoś zareagować, lecz wiedziałam że nie mogłam pozwolić by ten kto nas obserwował lub ci, wiedzieli o tym. Widziałam po przyjacielu, że czuje to samo co ja, więc to nie była tylko moja wyobraźnia! Jednak cały czas zachowywaliśmy spokój, no ale oczywiście mieliśmy poukrywana broń w gotowości, bo nigdy nie wiadomo. Coś czułam że były to elfy, lecz miałam nadzieję że nas nie ustrzelą, bo jeśli tak to marnie skończymy…

< Reker? ;3 elfy nas obserwują z ukrycia xdd >

Od Reker'a cd. Kiara

Niedobrze, niedobrze - pomyślałem sobie przysłuchując się rozmowie mężczyzn. Jeśli dobrze to wszystko zrozumiałem to chodziło tutaj o handel ludźmi a dokładnie elfimi dziećmi... Wiedziałem, że trzeba im jakoś pomóc, ale z drugiej strony obawiałem się, że wraz z tą pomocą ja i moja towarzyszka możemy nieźle oberwać od przedstawicieli ich gatunku, ponieważ niesłusznie nas posądzą o to, że my stoimy za tym wszystkim. Zacząłem szybko analizować w jakiej sytuacji się znajdujemy, ale widząc, że beczki z "piwem" są już wnoszone powoli na wóz postanowiłem, iż nie będę jakoś specjalnie obmyślał szczegółowego planu. Za mało czasu... Za mało czasu... - mruknąłem w myślach poprawiając na głowie kaptur przy czym również spojrzałem na Kiarę, która tak samo jak ja nie chciała dopuścić do tego by konie ruszyły przed siebie.
- Działamy - szepnąłem cicho oraz bezszelestnie, niczym kot zacząłem iść w prawą stronę by zajść wrogów od tyłu. Przyjęło się już tak, że człowiek raczej nie spodziewa się ataku od tej strony więc jest dużo łatwiej przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Cały manewr zajął mi niecałe dwie minuty, a kiedy znalazłem się już na odpowiedniej pozycji, spojrzałem w stronę dziewczyny, która za pomocą gestu dała mi znak gotowości. Sam też nie czekałem długo tylko odpowiedziałem jej tym samym i nie myśląc już wiele zeskoczyłem z drzewa oraz od razu za pomocą ukrytego ostrza pozbawiłem życia jednego ze strażników, który padł bezszelestnie w krzaki. Cóż takie zajęcie ma wiele, wiele, wiele w sobie ryzyka... Wystarczy jeden szelest albo przewrócenie się a już praktycznie nie żyjesz. Początki zawsze należą do najgorszych, lecz z czasem jest coraz lepiej oczywiście jeśli przeżyjesz, bo inaczej patrzysz tam z góry na wszystko co dzieję się w naszym świecie. Wracając jednak do teraźniejszości to z pochyloną sylwetką ciała zabrałem się za kolejnego delikwenta, który najwidoczniej sam był znudzony tym co robią.
Wyjrzałem nieco z krzaków by złapać lepszą orientację w terenie, co stety bądź niestety było bardzo ryzykownym manewrem. Miałem już z powrotem się chować, lecz w tedy ujrzałem Kiarę, która rzuciła w stronę wrogów kulki z dymem. Wygramy to - rzekłem sobie w myślach szarżując już bez wahania na mężczyzn, którzy padali teraz niczym muchy. Nawet nie liczyłem ile, nowej krwi spływało teraz po moim ostrzu, które nie miało sumienia.
Nawet nie wiedziałem kiedy znaleźliśmy się przy wozie z beczkami. Korzystając jeszcze z osłony dymnej, otworzyłem pierwszą z nich gdzie ujrzałem przestraszoną, elfią dziewczynkę, która w usta miała wciśniętą oraz zawiązaną z tyłu głowy starą szmatkę. Małej na mój widok ponownie zebrały się łzy w oczach przy czym mocno się skuliła jakby chciała stać się dla moich oczu niewidoczną.
- Ciii spokojnie - szepnąłem nieco zmieniając swój głos, który cały czas był spokojny i przyjazny. Nie czekając na reakcje blondynki, wyjąłem ją z beczki oraz zająłem się jakimś chłopcem. Dzieciaki były tak bardzo przestraszone, że wolały się nawet nie ruszać by od nikogo nie oberwać co miało swoje plusy i minusy... Nie chciałem by się nas bały, ale z drugiej strony z nerwów nie pouciekają czyli nie będzie żadnej gonitwy po lasach.
Mając przy sobie trójkę dzieci postanowiłem zabrać je już do bezpiecznego miejsca z myślą, iż moja przyjaciółka uda się również tam gdzie ja. Było mi trochę trudno biec z trójką elfów, ale dawałem radę... Ponoć ich rasa to świetni wojownicy więc nie mam zamiaru z nikim zadzierać... Nie że się boję czy coś, ale wolę nie odnosić teraz ran... Dopiero tak niedawno się wykurowałem a już mam wracać z powrotem do łoża? Nigdy! Będąc już w przyjemnym zaciszu gdzie ryzyko wykrycia wynosiło równe zero, dałem dzieciakom trochę luzu, ale te z obawy przed tym co się z nimi stanie zaczęły powoli wycofywać się w głąb lasu.
- Nie bójcie się... Nie zrobię wam krzywdy tylko pomogę wrócić do domu - rzekłem w ich stronę a oni popatrzyli na mnie jak na istotę pozaziemską - Mówię prawdę - dodałem jeszcze pewnym siebie tonem głosu.
- Zrobicie nam krzywdę - pisnął jakiś niski zielonooki chłopak, który cały trząsł się jakby z zimna.
- Nie zrobimy... Obiecuję, a obietnic się nie łamie - stwierdziłem spoglądając na chwilę w czyste niebo. Miałem już coś powiedzieć, ale w tedy pojawiła się Kiara z pozostałą czwórką dzieci.

<Kiara? :3 Przepraszam, że takie nudne ;c>